IndeksFAQSzukajUżytkownicyGrupyRejestracjaZaloguj
Nabór na stanowiska Mistrzów Gry! Rekrutacja na GG: 3594960!
Pomoc dla nowych graczy

Lista aktywnych Mistrzów Gry:
Kamys 5/3 | Izdurbal Tenshi - 3/4 | Imperator Kuchiki - 3/3
Shadow - 1/1 | Kovacs - 0/1 Ekkusu - 3/3


Share | 
 

 Toramaru Hyouteki [Shinigami]

Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Go down 
AutorWiadomość
Gość
Gość



PisanieTemat: Toramaru Hyouteki [Shinigami]   Pią 2 Kwi 2010 - 20:20

DANE

Imię: Toramaru
Nazwisko: Hyouteki
Profesja: Shinigami
Płeć: Mężczyzna
Wiek: 30
Waga: 75 kg
Wzrost: 1,85 m

Wygląd:
Toramaru jest wysoką, normalnej postury postacią, nie noszącą zarostu. Nie jest blady, ale ma jasną cerę. Białe owłosienie postarza go. Dopiero po przypatrzeniu się z bliska i stwierdzeniu braku zmarszczek można poznać, że jest młody. Nosi długie do szyi, ani rzadkie, ani gęste włosy, których nie upina, nie ma zarostu. Szmaragdowy kolczyk w lewym, małym i przylegającym do czaszki uchu, odbijający refleksy świetlne w godnym zapamiętania stylu znakomicie podkreśla zielone tęczówki bystrych oczu. Toramaru ma wąskie usta i taki sam nos. Ma doskonały wzrok i nie męczy się szybko. Zawsze nosi nieskazitelnie białe tabi (skarpetki) i nieubrudzone, czarne kimono i hakama. Jego Żniwiarz Dusz będzie przypasany do lewego biodra.

Charakter:
Ogólnie Toramaru wygląda charyzmatycznie i budzi zaufanie. Jego aparycja sprawia, że uchodzi za dojrzałego zarówno fizycznie, jak i psychicznie, inteligentnego człowieka. Nie lubi pracować, woli cały dzień leniuchować i robić wszystko na ostatnią chwilę. Jest bałaganiarzem, ale kiedy syf osiąga alarmujący poziom, nie zostawi go w spokoju. Dopiero kiedy posprząta jest zadowolony. Jest towarzyski. Chętnie spędza czas z innymi, umie pożartować, ma poczucie humoru. Kiedy trzeba jest uprzejmy. Niestety nie jest asertywny, łatwo zmienia decyzje pod wpływem innych osób. Zazwyczaj nie szuka zwady. Jest egoistą, ale nie hedonistą. Jeżeli komuś pomaga, stara się, żeby ta pomoc nie wyszła mu na złe. Nie stara się być w centrum uwagi, ale nie jest nieśmiały. Jeżeli coś robi, stara się robić to jak najlepiej, można na nim polegać. Stara się nie pokazywać emocji innym ludziom.

Myśli szybko i chłodno, ale w walce się to zmienia. Jest bystry i rozsądny, nie stara się robić nic bez wyraźnego powodu. Nie lubi podejmować ryzyka, co nie oznacza, że tego nie robi. Brzydzi się flejtuchami, smrodami, żulami, krzywoprzysięzcami, zdrajcami i innymi odbieranymi negatywnie w kategoriach tego typu istotami. Pogardza nimi. Mimo wszystko, patrząc na innych, nie patrzy przez pryzmat ich skrzywień: koloru skóry, wyznania, światopoglądu. Dopiero po poznaniu człowieka, wyrabia sobie o nim opinię.

W walce Toramaru działa pod wpływem impulsu. Jest złym strategiem, taktykiem, więc prawie nigdy nie planuje jak zagiąć przeciwnika, tylko od razu bierze się do roboty. Nie oznacza to jednak, że jest nieostrożny. Ma świetny refleks i woli unikać ataków, niż je blokować. Nie jest skory do bójek, ale nie ucieka przed nimi. Nie boi się przeciwnika, niełatwo go przestraszyć, w walce myśli: „muszę go pokonać, zanim on pokona mnie”.

Ekwipunek: boken, mundur akademii, przybory do pisania

Historia:
**********
Kiedy przyszedłem na świat, opiekowała się mną mama. Czasami przychodziła do nas babcia, aby jej pomóc. Tato wracał z pracy wieczorem, ale zawsze znajdował dla mnie czas, czego z racji wieku nie umiałem docenić. Niczego mi nie brakowało. Nie byłem jednak zepsutym snobem, który zawsze dostawał to, na co miał akurat humor. Byłem koleżeński, potrafiłem się zachować w towarzystwie, w szkole też szło mi dobrze.

Ale za bardzo się rozpędziłem. Nie chodziłem do przedszkola. Wychowywałem się w domu. Jak już wspomniałem, miałem wspaniałe dzieciństwo. Miałem zabawki, dobre jedzenie, rodzice uczyli mnie czytać, pisać, poświęcali mi swój czas...

Rodzice. To dzięki nim nie wyrosłem na snoba. Kiedy miałem humory, ostro mnie temperowali. Aż nauczyłem się, jak powinienem się zachowywać. Jestem im za to wdzięczny.

I nadszedł czas, kiedy musiałem iść do szkoły. W wieku 6 lat, zaczynając od "zerówki", chodziłem do szkoły. Lubiłem to. Miałem dobrych kolegów, nauczycielkę, nie miałem problemów w szkole. W dodatku mama mnie odbierała codziennie ze szkoły. A w sobotę z tatą chodziłem pograć w piłkę na boisko, które wybudowano dwie ulice za naszym domem. I tak właśnie biegło moje piękne życie. Aż do czasu.

Kiedy byłem w 5 klasie szkoły podstawowej zaczęło się późniejsze wracanie do domu. Rok wcześniej przestała mnie odprowadzać do szkoły matka. Teraz zacząłem poznawać smak życia. Nie byłem jednak zbuntowanym dzieckiem ulicy. Wiedziałem kiedy powiedzieć stop i nie błąkać się z kolegami po slumsach. Zawdzięczam to pewnie rodzicom.

Matka zaczęła chodzić do pracy. W domu czuła się niepotrzebna. Ojca w domu nie ma cały dzień, ja też już umiem o siebie zadbać, więc nie było sensu, żeby się tak ograniczać. Poszła pracować do szpitala. Rodzice zaczęli oddalać się od siebie. Ojciec wyjeżdżał w delegacje, matka pracowała do późna. Nie mając co z sobą zrobić, chodziłem z kolegami. Świeże powietrze ukształtowało moje ciało. Może nie byłem mięśniakiem, ale miałem ładną sylwetkę.

Siedzenie poza domem odbiło się na moich ocenach. Z bardzo dobrych szybko stały się dostateczne. Pamiętam, jak ojciec wrócił kiedyś z zebrania i oberwałem. Miałem 12 lat, i wtedy pierwszy raz mnie uderzył. Ja grałem na komputerze, kiedy wtargnął do mojego pokoju. Podszedł do mnie i wymierzył silny cios w policzek. Aż okręciłem się na krześle. Rzucił tylko:
- Masz wszystko, co chcesz mieć. I więcej masz się nie opuścić, bo wygonię cię z domu.
Wyszedł trzaskając drzwiami. Dopiero teraz poczułem, jaki jest silny. Pobiegłem do kuchni, wyciągnąłem z zamrażarki jakąś kość i przyłożyłem do twarzy. Postanowiłem, że już nie opuszczę się w lekcjach. I jechałem tak na trójkach i czwórkach do drugiej gimnazjum.

Druga klasa. Okres buntu i burzy hormonalnej. W tym okresie zacząłem dostrzegać, że dziewczyny nie zwracają na mnie uwagi. Postanowiłem coś z tym zrobić. Nie chciałem jednak za bardzo ingerować w swój wygląd, ponieważ bałem się reakcji rodziców. Przekłułem sobie ucho. Wybrałem taki ładny kolczyk, w kształcie gwoździka ze szmaragdową główką. W domu się zdziwili, ale nie robili mi wyrzutów. Sądzili pewnie, że mi minie i przestanę go niedługo nosić. Nic bardziej mylnego. Okazało się, że dziewczyny się do mnie uśmiechają i zerkają na mnie częściej, niż można uznać to za zwykłe zerkanie. Nabrałem pewności siebie.

W tej samej klasie zacząłem palić, pić, itd. Nie w nadmiernych ilościach! I nie byłem zdemoralizowany. To nie tak, że przez 15 lat mojego życia stopniowo się demoralizowałem. Ja po prostu chciałem zobaczyć, jak smakuje życie. Po prostu chęć spróbowania czegoś nowego wygrywała z rozwagą. Zawsze umiałem powiedzieć sobie stop.

Pewnego słonecznego, kwietniowego piątku uciekliśmy z chłopakami z lekcji. Poszliśmy do jednego na chatę i zrobiliśmy sobie mini- bibkę. Jego rodziców nie było w domu, bo gdzieś wyjechali. Otworzyliśmy sobie po piwku, włączyliśmy muzykę na cały regulator i na zmianę graliśmy w Quake’a na kompie. Zadzwoniliśmy po dziewczyny. Po lekcjach obiecały przyjść. Przyniosły prowiant, a gospodarz skoczył do piwnicy bo czystą, a potem włączył w jednym pokoju „Wojnę światów” z Cruisem. I się rozkręciła impreza. Parę osób musiało wrócić do domu, ja na nieszczęście zostałem.

Była już grubo po północy, a starsi sąsiedzi wkurzyli się i zadzwonili po dzielnicowego. Wiadomo co było potem. Wróciliśmy do siebie. Mój starszy miał chyba zły dzień, bo niedość że po mnie nie przyjechał, to jeszcze mi nie chciał otworzyć drzwi! Dobrze, że noc była ciepła. Zastanawiałem się, czy nie wrócić do tamtego ziomka, ale już byłem zmęczony. Poszedłem na ogródek, załatwiłem w krzaki i położyłem się na trawniku, starając wybrać miejsce, z którego mnie nie zobaczą sąsiedzi. Nie spałem długo, bo szybko robiło się jasno, a słońce raziło mnie w oczy. W końcu starszy przyszedł do mnie, dał karę na wszystko co jest możliwe, wcisnął talerz z suchym chlebem i kazał iść do siebie.

Nie dostałem obiadu. Wieczorem tak zgłodniałem, że przeprosiłem rodziców. Karę mi zostawili, ale przynajmniej mogłem z nimi usiąść do stołu. Ojciec ostrzegł, że to ma się już nie powtórzyć, jeszcze raz wytknął mi nieodpowiedzialność.

Z nudów czytałem książki albo trenowałem sylwetkę. I życie jakoś biegło. Szybko „znormalniało”.

W wieku 16 lat poszedłem do szkoły średniej. Postanowiłem zacząć wszystko od nowa. Nauczyciele mnie nie znali, więc znowu łatwo dostawałem dobre oceny.

**********
Gdy byłem w trzeciej klasie, tuż przed maturą moje życie okręciło się o 180 stopni. Byłem już zmęczony ciągłą nauką. Musiałem wybrać przedmioty na dwa zawody: lekarza, jak chciała mama, oraz ekonomistę, jak chciał ojciec. Zakuwałem w dzień i w noc, naprawdę, miałem wszystkiego dość. Zdarzało się, że brałem dragi, aby dłużej się pouczyć. W końcu moje ciało się wyniszczyło, byłem wrakiem, cieniem człowieka. Nie miałem czasu na dziewczyny, imprezki, etc.

Na domiar złego, do szpitala mojej mamy jakiś człowiek przywlókł syfa. Mój tata był wtedy tam, bo to była rocznica ich ślubu, a mama miała dyżur. Chcieli uczcić rocznicę chociażby prowizorycznie. Okazało się, że to był wirus gdzieś z Afryki. Szpital objęto kwarantanną. Rodzice zapewnili mnie telefonicznie, że nic im nie jest, no ale jak miałem się nie denerwować! W końcu wszyscy tam pomarli. Moi rodzice zapisali mi w testamencie wszystko co mieli.

Zacząłem siwieć, nie miałem głowy do nauki. W dodatku już nie musiałem wybierać tych zawodów, które oni chcieli. Tylko było za późno, na jakiekolwiek zmiany. Byłem nieszczęśliwy. Musiałem iść do pracy, zdać maturę, koledzy odsunęli się ode mnie, a w dodatku uzależniłem się od ganji. Nie mogłem upaść niżej. Dno i bąbelki. Byłem na skraju załamania psychicznego. Nie miałem siły żyć. W końcu całkowicie posiwiałem. Postanowiłem zapuścić włosy, i udawać, że przyczyną tego jest moje zamiłowanie do „Wiedźmina”.

Wszystko robiłem nieostrożnie, nie obchodziło mnie, co się wokół mnie dzieje. Przechodziłem na czerwonym, powodowałem wypadki, ale sam jakoś nigdy nie odniosłem obrażeń. W końcu ktoś się mną zainteresował. Trafiłem do zakładu dla czubków. Byłem otępiały i nie widziałem dla siebie nadziei.

Któregoś dnia, parę lat po zamknięciu mnie tutaj, do zakładu trafił jeszcze jeden człowiek. Twierdził, że jest wyjątkowy, specjalny, że widzi duchy, i takie tam bzdury wygadywał. Teraz wiem, że mówił prawdę, że miał duże reiatsu. Od tamtej pory zaczęły dziać się w okolicy dziwne rzeczy. A to samochód walnął w dom, a to niewiadomo jak, ale ktoś zrobił długie wydrapania w asfaltowej ulicy, to wybuchł gaz w pobliskim bloku… Ale my zawsze byliśmy bezpieczni. Do czasu.

**********
Któregoś dnia, gdy byliśmy na stołówce, nastąpiła niespodziewana eksplozja. Sztućce, garnki, talerze… no dosłownie wszystko latało w powietrzu. Tak się niefortunnie zdarzyło, że na sali był maniakalny morderca. Robił największe zamieszanie, a lekarze nie dawali sobie z nim rady. Sama eksplozja wywołała dużą liczbę zranień. A ten czubek brał widelce i wbijał je ludziom w oczy.

Zauważyłem nawet, jak podchodzi do jednego człowieka, rozcina mu nożem klatkę piersiową, wyłamuje żebra i stara się łyżką wydłubać serce. Może byłoby to śmieszne, gdyby sytuacja nie była tak dramatyczna. Ja byłem otępiały i nie wiedziałem, co mam robić. Szaleniec został obezwładniony przez kilku wolontariuszy.

Poczułem, jak coś rozrywa mi tors i jak odlatuję kilka metrów w tył. Co dziwne, gdy tylko upadłem, zanikło uczucie otępienia, a ból nie był już tak bolesny. Znowu byłem sobą! Pomyślałem: ”what the fuck? Co tu się wyrabia!”. Zobaczyłem nagle jakiegoś gościa, ubranego w czarny strój, z samurajskim mieczem w ręku. Zobaczyłem także lecącą w moją stronę nogę od stołu. Odruchowo zasłoniłem twarz rękoma, ale nie poczułem bólu. Obejrzałem się za siebie. Gdybym żył, to zszedłbym na zawał. Zobaczyłem, jak z mojej głowy wystaje wspomniana noga. Prosto z oka. Krew rozprysnęła się wszędzie. Nie wiedziałem, jak to możliwe, że patrzę na moje ciało.

Nagle ściana runęła, a z dziury wychynęła biała czaszka nieznanego mi zwierzęcia. Potwór zaskrzeczał, a ja cofnąłem się parę kroków w tył. Usłyszałem brzdęk metalu. Zdziwiony spojrzałem na swoje ciało. Z torsu wystawał mi łańcuch. Zanim przestałem się dziwić, przed twarzą błysnęła mi czerwona kula. Potwór cofnął się, ale nie odniósł poważniejszych obrażeń. Wybuchła panika. Niektórzy uciekali, niektórzy tylko krzyczeli nie wiedząc co zrobić. Parę osób, w tym ten, który widział duchy, również miało łańcuchy na piersiach. A wojownik losowo wybierał ich, i uderzał końcem miecza. Znikali w rozbłysku światła. Samuraj uwijał się jak mógł, odciągając potwora od żywych. Machał mieczem, wypuszczał czerwone pociski... W końcu wyciągnął z szat komórkę. Dowiedział się, że blokada została zdjęta. Nie wiedziałem o co chodzi, ale on coś krzyknął, błysnęło, a po chwili potwora nie było. Cały budynek się zawalił. Znowu dostałem szoku. Unosiliśmy się w powietrzu! A on podchodził do każdego z nas, po kolei i dysząc z wysiłku uderzał końcem miecza w nasze czoła. Nie wiem jak, ale znalazłem się w innym miejscu. Byłem wyczerpany. Ból w klatce piersiowej wrócił z całą mocą. Zemdlałem.

**********
Parę dni wałęsałem się po nowej okolicy. Nie miałem łańcucha. Ból nie zniknął, ale rana nie była otwarta. I dalej nie wiedziałem, co się stało. Kiedy przechodziłem obok targu, zauważyło mnie pewne małżeństwo. Czuć było od tej pary te wszystkie uczucia, które pamiętałem z wczesnego dzieciństwa. Zapytali mnie czemu wałęsam się bez celu po okolicy. Powiedziałem im co się stało. A oni mi wyjaśnili. I przygarnęli.

To był piękny dzień. Dopiero skończyła się burza, więc powietrze było czyste i wilgotne. Uwielbiam taką pogodę. Wiał lekki wietrzyk i świeciło słońce. Piękna tęcza zdobiła nieboskłon. Chodziłem po okolicy, bo nie wiedziałem co z sobą zrobić. Byłem w obcym miejscu, nikt nie kwapił się, by mi cokolwiek powiedzieć a w brzuchu czułem mrowienie. Ale takie silne mrowienie. Prawie jakbym drżał od tych wibracji. Usłyszałem zgiełk. Zobaczyłem, że w pobliżu odbywa się targ. Pomyślałem, że mógłbym zwinąć coś przeciwbólowego, więc udałem się w tamtą stronę. Przechadzałem się wąskimi ścieżkami, co chwilę turbując i będąc turbowanym. Było ciasno jak na chińskiej ulicy. Niestety handlarze dobrze pilnowali swoich towarów, a w okolicy przechadzało się kilku czarno ubranych ludzi z mieczami. Wyglądali groźnie, ale nie szukali zaczepki. Zmęczony harmidrem, zacząłem usuwać się z bardziej zatłoczonych miejsc. W rogu placu targowego zobaczyłem malutki sklepik. Nikt nie był zainteresowany ich ofertą. Pomyślałem, że pewnie tam coś zwinę, skoro nikt nie zwraca uwagi na ten sklep. Podszedłem i zobaczyłem, że za ladą siedzi na oko 40 letnia kobieta, z 40 letnim mężczyzną. Oboje zaczęli siwieć i garbić się.
- Potrzebujesz czegoś, kochanieńki?- zapytała. Głos miała przyjemny, pełen troski.
- Przepraszam, nie mam już pieniędzy.
- Oh, nie pytałam o pieniądze. Czy potrzeba tobie czegoś?
Spojrzałem na nią taki zdziwiony, no bo jak to: za darmo miałaby mi oddać coś na targu?
- Muszę znaleźć jakiś lek przeciwbólowy. I koniecznie muszę wiedzieć co ja tutaj robię.
Odezwał się mężczyzna:
- Nie jesteś tutejszy? Jak się tu znalazłeś?
- Nie wiem. Była masakra, oberwałem, potem jakiś many mnie pociachał i oto jestem.
Oboje roześmiali się. Ich śmiech przypominał wszystkie pozytywne rzeczy. Szczerze mówiąc zaintrygowali mnie.
- Co państwo tak rżą? To nie jest zabawne, że nie mam pojęcia co się dzieje!
- Proszę się nie denerwować. Bo widzisz…
I tu zaczęli mi wyjaśniać cały system działania Rukongai, powiedzieli o Gotei 13 i w ogóle wszystko. Siedzieliśmy tak do późna, ale nikt nam nie zakłócał pogawędki. W końcu ziewnąłem, więc oni zapytali czy mam gdzie przenocować. Zaprosili mnie do siebie na noc. Zacząłem odmawiać, było mi głupio, ale nie dali się przekonać. Udaliśmy się do ich domu. Co to była za posesja! Normalnie willa jakaś, piękny ogród, mieli nawet służbę. Pokazali mi mój pokój. Był on skromny: mały, stały w nim łóżko, biurko i krzesło. Całe to „umeblowanie” było drewniane, a do pokoju wpadało światło księżyca, przez umieszczone z prawej strony łóżka okno. Po paru nocach na dworze wydało mi się, że to luksus, o jakim nawet mi się nie mogło marzyć. Przyszła pewna pani i położyła mi tacę z dzbankiem i kubkiem na biurku. Szybko zasnąłem, nawet się nie rozbierałem. Rano wstałem rześki, wypoczęty, nawet rana mi nie dokuczała tak bardzo. Nie wiedziałem co zrobić, ale poszedłem do jadalni. Był tam szwedzki stół. Nałożyłem sobie trochę jedzenia i usiadłem. Po chwili przyszli do mnie gospodarze. Po przywitaniu i życzeniu smacznego, przysiedli się. Rozmowy o niczym umiliły nam śniadanie. Dowiedziałem się, że kobieta nosi imię Matsumoto, a mężczyzna Isshin. Potem jakoś tak wyszło, że poprosili mnie, żebym został. Nie chciałem, ale uparli się. Poszedłem więc do ogródka. Zobaczyłem, że pewna część jest przeznaczona do treningów. Wziąłem bokkena i zacząłem nim wywijać. Mężczyzna wyczaił mnie z drewnianym mieczem, i podszedł. Powiedział, że ze sobie trochę powalczymy. No i ledwo zaczęliśmy, już mnie złapało w brzuchu. Zrobiliśmy przerwę, jego żona przyniosła mi maść. Wtarłem ją i nic nie bolało. Zaczęliśmy walczyć. Nie udało mi się go trafić, ale już tak szybko mnie nie rozbroił. Od tej pory ciągle ćwiczymy. Nie wiem skąd mają tę maść, ale czyni cuda. Nawet nie śmierdzi, w przeciwieństwie do innych cudownych leków. No i zżyłem się z nimi. Polubiłem treningi, nawet maść polubiłem.

I żyłem tam, w 20 okręgu przez parę lat. Siedziałem z moimi wybawcami i opowiadaliśmy sobie o sobie. Dawali mi jakąś maść i karmili. Z biegiem czasu, rana całkowicie się zagoiła. Dziwili się, ponieważ maść miała mi tylko ulżyć w cierpieniu. Powiedzieli, że coś we mnie jest. Co jakiś czas przynosiła nam picie i jedzenie. Odzyskałem dawną sylwetkę i całkowicie zapomniałem o ranie, po której nie było śladu.

Żałuję tylko, że nie wiem co się stało z resztą. Dlatego chcę zostać Strażnikiem Śmierci. Pewnego dnia wrócę na Ziemię i wybadam co się stało z moim ciałem po śmierci. I przeszukam całe Rukongai, szukając współzabitych. Odnajdę także tego, który mnie tu przysłał. Nie wiem po co chcę go znaleźć, ale odczuwam taką potrzebę.

Przez ostatnie parę miesięcy zastanawiałem się nad swoim postępowaniem. Dojrzałem. Na pewno nie będę się zachowywać tak, jak w ostatnich dniach przed śmiercią. I będę się pilnie uczyć, żeby ochronić innych przed losem, który podzieliłem. Zrobię wszystko co w mojej mocy, żeby żaden Hollow nie skrzywdził więcej człowieka.

Wspólnie z przybranymi rodzicami ustaliliśmy, że pójdę do Akademii Shinigami. Wszystko jest już gotowe. Od jutra zaczynam naukę, i nie mogę się tego doczekać. Ja, Toramaru Hyouteki z 20 okręgu Rukongai.


Pieniądze: 500 Ryo.

/* resztę dodam po zaakceptowaniu historii */
STATYSTYKI
Atrybuty:
Siła: 5
Szybkość: 5
Zręczność: 5
Wytrzymałość: 5
Inteligencja: 5
Psychika: 5
Reiatsu: 5
Kontrola Reiatsu: 5

OGÓLNE

Udźwig:
Prędkość (śr.):
Prędkość (max.):
PŻ (Punkty Życia):
PR (Punkty Reiatsu):

Techniki
Magia:
Poznane Hadou:
Poznane Bakudou:

Umiejętności:
Wady:


Ostatnio zmieniony przez Toramaru Hyouteki dnia Czw 22 Kwi 2010 - 19:26, w całości zmieniany 1 raz
Powrót do góry Go down
Kenjiro Sakurai





Oddział : Dywizjon 7
Mistrz Gry : Kamys Tsuki

Karta Postaci
Punkty Życia:
80/80  (80/80)
Punkty Reiatsu:
63/63  (63/63)

PisanieTemat: Re: Toramaru Hyouteki [Shinigami]   Sob 3 Kwi 2010 - 10:48

1. Jak na 31 lat to krótkie to to.... i każdy MG to powtórzy. Jeśli o mnie chodzi to o jakąś 1/3 więcej tekstu albo o 6-8 lat mniej. Możesz opisać dokładniej życie w Rukonie, Twoje relacje z przybranymi rodzicami. Nazwać ich...nigdzie nie widziałem żadnego z imion twoich bliskich czy choć trochę opisu ich wyglądu.


2. Opis Charakteru jak i Wyglądu mi pasuje....("Białe owłosienie" ;p brzmi jak u małpy jakiejś...xD)Wszystkie informacje jakie są potrzebne, z tego po prostu wynika że to taki nijaki shinigami o humorach jak każdy i niedowadze...(na 185 jest ok 75-80 kg.) hmmm anorektyk?;P


Statystyki dodaj jak najszybciej bo to też podlega ocenie, tak samo jak wady i umiejętności(jeśli takowe dobierasz) znajdują odniesienie w historii postaci i będą ci przyznane jeśli o nich napomkniesz.

Masz niedokończoną kartę postaci...

Negatyw wiesz co poprawiać...


Think back some more now. Try to remember... and don't hold back. Compare us. Between you and me, which of us shines... as the greater warrior ?!
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Gość
Gość



PisanieTemat: Re: Toramaru Hyouteki [Shinigami]   Nie 11 Kwi 2010 - 20:47

nie usuwajcie tematu jakby co, ok? do końca kwietnia postaram się napisać resztę.
Powrót do góry Go down
Kamys





Oddział : Dywizjon 11
Mistrz Gry : Izdurbal

Karta Postaci
Punkty Życia:
102/290  (102/290)
Punkty Reiatsu:
41/156  (41/156)

PisanieTemat: Re: Toramaru Hyouteki [Shinigami]   Wto 13 Kwi 2010 - 22:46

Dobrze, do końca kwietnia nie przesunę karty do starych



***
kamys01
kamys02
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Gość
Gość



PisanieTemat: Re: Toramaru Hyouteki [Shinigami]   Czw 22 Kwi 2010 - 19:28

Już dodałem trochę do historii. Dzięki, że nie usunęliście jeszcze karty. Ale statystyki dodam, jak historia się spodoba, bo za dużo tam liczenia. Bo co jak się nie spodoba? Może zmienię rasę, a wtedy od nawa bym musiał liczyć, zastanawiać się nad czarami, etc...
Powrót do góry Go down
Kenjiro Sakurai





Oddział : Dywizjon 7
Mistrz Gry : Kamys Tsuki

Karta Postaci
Punkty Życia:
80/80  (80/80)
Punkty Reiatsu:
63/63  (63/63)

PisanieTemat: Re: Toramaru Hyouteki [Shinigami]   Pią 23 Kwi 2010 - 21:23

Tak jak pisałem wcześniej...trochę krótkie na 30 co prawda jest ciut więcej tekstu ale nadal środki upiększające(przerwy między wątkami) zajmują to miejsce które mówiłem byś uzupełnił. na 20/22 lata (u mnie) by przeszło. Charakter tak jak ci napisałem wcześniej ok.

A bez statystyk i reszty nikt ci tej karty(może poza takim świrem jak ja) nie oceni i nie da akceptacji....


Think back some more now. Try to remember... and don't hold back. Compare us. Between you and me, which of us shines... as the greater warrior ?!
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Takagi Niizuki





Oddział : Dywizjon 7
Mistrz Gry : Watanabe no Tsuna

Karta Postaci
Punkty Życia:
180/180  (180/180)
Punkty Reiatsu:
460/460  (460/460)

PisanieTemat: Re: Toramaru Hyouteki [Shinigami]   Pią 23 Kwi 2010 - 21:44

Wiesz, mimo wszystko przydałoby się do tej karty uzupełnienie, czyli jakie posiada umiejętności, wady, w czym jest dobry. Również odzwierciedlenie tychże w historii. Dopiero wtedy można oceniać. Póki co prezentuje się nieźle, ale brak tego co napisałem równa się:
NEGATYW
Gdy będzie uzupełnione zmienię ocenę.


Dziadek Szyderca
-----------------------
Co zrobisz w przypadku zła, którego nie możesz pokonać sprawiedliwością ?
Zwalczysz zło złem, czy też zaakceptujesz fakt, że sprawiedliwość z nim przegrała ?
Tak czy inaczej, zło pozostanie.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Sponsored content




PisanieTemat: Re: Toramaru Hyouteki [Shinigami]   Today at 9:50

Powrót do góry Go down
 
Toramaru Hyouteki [Shinigami]
Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Powrót do góry 
Strona 1 z 1

Permissions in this forum:Nie możesz odpowiadać w tematach
 :: Strefa Gracza :: Gracze :: Stare-
Skocz do:  
Free forum | © phpBB | Free forum support | Kontakt z | Report an abuse | Create your own blog