IndeksFAQSzukajUżytkownicyGrupyRejestracjaZaloguj
Nabór na stanowiska Mistrzów Gry! Rekrutacja na GG: 3594960!
Pomoc dla nowych graczy

Share | 
 

 Sven [Quincy]

Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Go down 

Ocena
Pozytywna
0%
 0% [ 0 ]
Negatywna
0%
 0% [ 0 ]
Neutralna
0%
 0% [ 0 ]
Wszystkich Głosów : 0
 

AutorWiadomość
GhostBuster


avatar

Mistrz Gry : Shadow

Karta Postaci
Punkty Życia:
40/40  (40/40)
Punkty Reiatsu:
40/40  (40/40)

PisanieTemat: Sven [Quincy]   Sob 28 Sty 2012 - 22:51

DANE

Imię: Sven
Nazwisko: Cunningham
Profesja: Quincy
Płeć: Mężczyzna
Wiek: 27
Waga: 78 kg
Wzrost: 183 cm
Wygląd:
Spoiler:
 
Charakter: Sven to przede wszystkim człowiek interesu. Szczególnie, gdy w grę wchodzi jego własny interes. Potrafi być niezwykle miły i wyrozumiały kiedy potrzeba. Niczym aktor przebiera w kreacjach, dopasowując się do sytuacji (którą zwykle stara się mieć pod własną kontrolą).
Mimo tego jest on osobą głębokiej wiary. Wiara ta sięga swymi korzeniami jeszcze dzieciństwa i mimo, że wraz z doświadczeniem ulegała ona pewnym zmianom, trwa z nim niczym nienaruszona ostoja, pomagająca mu przebrnąć przez tą trudną wędrówkę jaką jest życie. Nie można powiedzieć, by wierzył w konkretnego boga. Po prostu wierzy...
Jedni powiedzieliby, że bywa okrutny i bezwzględny. Nic podobnego. Sven zawsze działa zgodnie ze swoim sumieniem. Nie cofnie się przed wymierzeniem sprawiedliwości, jeżeli uważa to za czyn słuszny, lecz napawa go obrzydzeniem bezmyślne bestialstwo. Nie ma w nim czegoś takiego, jak satysfakcja z zadanego bólu.
Cokolwiek czyni musi służyć idei. Nawet jeżeli jest to zwykłe zabicie pustego lub płatna robota - zawsze usprawiedliwia swe poczynania odpowiednim podłożem ideologicznym. Można śmiało rzec, że jest człowiek obłudny, żyjący w zakłamaniu całkowicie z własnej woli.

Ekwipunek:
Amulet Quincy; 15 srebrnych rurek; stara, zniszczona Biblia.

Historia:
Ciemność, która tego wieczoru zaległa nad Londyńskimi zabudowaniami można określić wieloma sformułowaniami. Nieprzenikniona, mroczna, wyłaniającą ze swych czeluści mało widoczne kłębki popielatych, postrzępionych chmur. Z tych właśnie chmur, z których za kilka dosłownie sekund miały lunąć hektolitry deszczu, wypełniając bezbarwne aglomeracje wodą przez całą noc. Zapewne można by poświęcić tym zjawiskom jeszcze więcej uwagi, użyć ładniejszych słów do opisania szarugi i ponurej atmosfery, która miała wypełniać miasto tej nocy, lecz o wiele niezwyklejsze rzeczy miały miejsce pod nimi, a dokładnie w jednym z tutejszych, ciemnych zaułków.
Niebo zabłysnęło, rozświetlone białą wstęgą błyskawicy. Akurat na tyle długo, aby móc ujrzeć twarze tych dwóch zbirów. Nie było tak naprawdę w nich nic ciekawego, może tylko odrażającego, lecz Kyle’owi wystarczyło to, aby mógł przez moment spojrzeć w twarz swym prześladowcom. Cofał się dosyć powoli. W głąb wąskiej uliczki. Nie chciał sprowokować do ataku, szczególnie tego, który trzymał nóż. Jego ramię wciąż broczyło krwią, ale nie wypuścił z dłoni biblii. Trzymał się jej kurczowo niczym źródła magicznej energii. Energii, która roztacza wokół siebie niewidzialną aurę, nie do przebycia przez napastnika.
W takich momentach przychodzą na myśl kadry z pospolitych, amerykańskich filmów gdzie plecy cofającej się ofiary napotykają w końcu ścianę, a następnie zabójca ze złowrogim uśmieszkiem na twarzy dokańcza swej powinności. Tu było inaczej. Niebo ponownie rozświetlił piorun. Grzmot, który po tym nastąpił był niczym rozwarcie wrót, z których na ziemię zleciała woda. Właśnie w tym momencie nogi Kyle’a napotkały przeszkodę. Ten mały, bezwartościowy przedmiot, który ktoś pozostawił tam bez większego celu, miał przyspieszyć jego wyrok.
Runął na twardą ziemię. Jeden z oprawców zarechotał nieprzyjemnym śmiechem.
- Zmęczyłeś się, co?! – wysyczał, po czym mocnym kopniakiem posłał leżącą obok księgę jeszcze dalej w czeluści zaułku. Deszcz niemal natychmiast wypełnił uliczkę strugami wody. – A teraz spotkasz się z ojczulkiem, chcesz się może jeszcze wymodlić?– zapytał drwiąco, po czym chwycił leżącego za fraki i przystawił nóż do gardła.
Z oddali dobiegło głośne dudnienie Big Bena. Wybijała 11. Zaczęło się odliczanie, Kyle wiedział, że zanim wybije jedenaste uderzenie zegara będzie już martwy. Nie przerażało go to specjalnie. Przynajmniej tak mu się wydawało, a był póki co dosyć pochłonięty wewnętrzną modlitwą.
- Wybaczam wam... – rzekł zdławionym głosem, gdy poczuł, że nadchodzi ta chwila. Nie dławił go strach, a siła, z jaką dosyć tępe ostrze noża powoli wpijało się w krtań.
Zbój ponownie wybuchnął śmiechem, ale coś mu przerwało. Dosyć krótki błysk. Naznaczona szramami i wybroczynami twarz przybrała wyraz niezwykłego zaskoczenia. Tak jakby przypomniał sobie o włączonym w domu żelazku czy o czymś równie ważnym. To było jednak coś zupełnie innego. Ciało bezwładnie runęło obok, w ogromnej kałuży krwi. Tak oto los sprawił, że to niedoszły zabójca jako pierwszy opuścił ten świat. Jego towarzysz, niemniej zaskoczony, spanikowanym wzrokiem obiegł całą ciemność wokół siebie. Na próżno. Nastąpił kolejny, krótki błysk, niczym pamiątkowa fotografia na ostatnią, pośmiertną podróż. Wielka kałuża chlusnęła na wszystkie strony pod naporem spadającego nań ciała przestępcy.
Teraz Kyle mógł się spodziewać tylko trzeciego błysku, który uczyniłby z nim to samo, co z jego oprawcami. Nic z tych rzeczy... Minęło niemniej niż pół minuty, zanim zorientował się, że leży w ogromnym strumieniu krwi, który potokiem spływa wraz z deszczem do kanalizacji. Poczuł, jak wnętrzności mu podchodzą pod gardło, ale z trudem powstrzymał się od wymiotów.
Czy jego modły zostały wysłuchane? Nie, to absurd. Wszak modlił się o pośmiertne wybawienie dla swych ciemiężycieli, nie dla siebie... Wstał dosyć powoli, wciąż nie spuszczając wzroku ze zmasakrowanych ciał rabusiów, podniósł leżącą w czerwonej breji biblię. Był wciąż w szoku... jednak doskonale wiedział, że w takich chwilach należy oddać się namiętnej modlitwie do Boga. Być może był świadkiem cudu, a być może to uknuta intryga szatana. W każdym razie dziękczynno-błagalna litania nie zaszkodzi, a jednak w tym momencie coś mu przeszkodziło...
- To jakaś ważna książka? – głos wydobywał się z głębi ciemnego zaułku. Ktoś tam cały czas był. Tym razem Kyle poczuł o wiele większe zagrożenie. O wiele większe niż przed dwoma rabusiami wyłudzającymi pieniądze, czy nawet całym legionem takich barbarzyńców. Stanął przed czymś dotychczas mu nieznanym i doskonale zdawał sobie z tego sprawę.
- Kim jesteś? – spytał, a głos zadrżał mu, mimo, że nie miał przystawionego noża do gardła. Czuł jakby znalazł się na polu minowym, a aura, która go otaczała była milionami noży, które przy najmniejszym ruchu mogły go zadźgać.
- Nikim niezwykłym – ciemność wpierw odsłoniła górną część wysokiej sylwetki. Bladą niczym pergamin twarz zasłaniały mokre kosmyki czarnych włosów, choć nawet teraz zdawała odbijać się mdłe światło lepiej od samego księżyca. Mężczyzna był chudy, a czarny, przemokły płaszcz zwisał na nim niczym na wieszaku. Spod jednego z rękawów pobłyskiwał nietypowy amulet przedstawiający dziwny i raczej niespotykany symbol. - Powiedzmy, że zwykłym przechodniem, który znalazł się w odpowiednim miejscu o odpowiednim czasie... - przerwał i znów zerknął na trzymaną biblię. - Wydaje się jakbyś był do tego przywiązany, to coś ważnego?
Przytłaczająca aura zdawała się niknąć. Czy to możliwe by ten symbol był źródłem takiej energii? Może to ten... człowiek?
- To biblia - odparł po chwili milczenia. Dopiero teraz zaczynał odczuwać kujący ból w ranie. - Jest dla mnie wszystkim... - drwiący uśmieszek, złośliwy komentarz? To typowa reakcja jakiej by się spodziewał. Ale on tylko pokiwał głową.
- Chodź ze mną... Potrzebujesz pomocy... – Kyle zyskał tego wieczoru o wiele więcej. Przede wszystkim wiedzę. Wiedzę, bez której jego dotychczasowy światopogląd okazał się obłudny.

***

- Mhm... A więc jesteś... quincy? - Kyle powtórzył dosyć wolno. - Waszym zadaniem jest unicestwianie przeklętych dusz... Shinigami. Hollowy. Społeczność dusz. To wszystko jest takie... - nie dokończył, bo nagle dziwna maść, którą Fehn mu nałożył na ranę zaczęła działać. I to w taki sposób, w jaki na pewno nie działa żaden znany dzisiejszej medycynie medykament. Nie tylko nie czuł bólu. Dosłownie doświadczał jak ukryta pod dziwnie pachnącą, zieloną skorupą rana, ulega samoistnemu zasklepieniu. - Mam do Ciebie jeszcze jedno pytanie... - Okna zadrżały od grzmotu. Burza wciąż trwała, choć już powoli zaczynało świtać. Uwagę Kyle'a wciąż pochłaniało działanie cudownego specyfiku na jego ramieniu. - Czemu mnie w to wszystko wtajemniczasz?
Na bladej twarzy Fehna pojawił się wesoły uśmiech. Wstał od stołu, po czym przysiadł na małej, skrzypiącej sofie, będącej jednym z niewielu mebli w tej miniaturowej kawalerce.
- Jesteś bardzo inteligentnym człowiekiem, Kyle... - odparł po dłuższym milczeniu. - Wciąż mi nie wierzysz, prawda? Mimo, że pokazałem tyle dowodów wciąż nie zachwiałem Twym mocnym, stabilnym światopoglądem, jest w Tobie sporo ostrożności... - Skupił wzrok na trzymanym przez siebie medalionie. Po chwili odłożył go na bok. - Jesteś zupełnie inny. Wiesz, nie jestem żadnym bohaterem, który ratuje ludzi przed napadami... Zobaczyłem jednak w Tobie niezwykłą, wewnętrzną siłę. Bynajmniej, nie chodzi tu o Twoją energię reiatsu, której pokłady masz właściwie znikome. Ale jest w Tobie coś zupełnie innego... - Ha, Kyle doskonale wiedział, że słowem, którego właśnie szukał Fehn była wiara. Nie przerywał mu jednak. - Jesteś inny niż Ci ludzie... w pewnym sensie silniejszy, lecz wciąż zagubiony, potrzebujesz przewodnika. - w tym momencie jego słowa wydawały się już coraz mniej zrozumiałe. - Zostawiony sam sobie zostaniesz pożarty przez ten system. Jednak z Twoim powołaniem, niesamowitym poświęceniem dla swoich przekonań... Mógłbym Ci wskazać właściwą ścieżkę Kyle. Masz klapki na oczach i idziesz w złym kierunku... w dodatku bez żadnego oręża w dłoniach. A uwierz mi, w dzisiejszych czasach broń to nieodzowny towarzysz, szczególnie dla ludzi silnej wiary. - Kyle wciąż nie do końca rozumiał o czym on mówi, jednak powoli zaczynał dostrzegać gdzie zmierza rozmowa. Ma się stać jednym z nich? - Masz 18 lat, to dosyć późny wiek na początki... ale z Twym zapałem i ogniem w sercu... - głos Fehna był zapalczywy. Z pewnością nadawałby się na jednego z tych zwodniczych prezenterów, którzy w reklamach przekonują człowieka do zakupienia jakiegoś produktu. Zwykle proszków do prania. Na szczęście Kyle nie miał zamiaru być jedną z ofiar tych marketingowych technik perswazji. Nie miał ochoty kupować proszku.
- Nie - rzekł w końcu z pełną stanowczością w głosie. A dotychczasowy uśmiech na twarzy Fehna tylko powiększył swe pole, tak jakby przewidział podobną reakcję. - Radzę Ci poszukać innych kandydatów... Sadzę, że to co dzisiaj powiedziałeś nie do końca jeszcze do mnie dotarło, a poświęcanie swojego życia dla... - następne słowa z niemałym trudem przeszły przez jego gardło. -... uganiania się za potworami? To na pewno nie dla mnie. Jestem człowiekiem mocnej wiary, ale nie będę niczego zabijał w jej imieniu.
- Nie do końca chyba jednak rozumiesz to co do Ciebie mówię. - odparł już nieco spokojniejszym tonem. - Nasz klan jest niezwykle potrzebny światu. Bez niego równowaga w świecie dusz ulegnie zachwianiu. Nie powinieneś tak szybko odrzucać mojej propozycji. Robiąc to, skazujesz inne dusze na unicestwienie. Jest nas coraz mniej Kyle... potrzebujemy takich ludzi jak Ty. Co innego Ci pozostaje? Wiara jaką dotychczas praktykowałeś była bezowocna, nie widzisz tego? - Owszem, to akurat zaczynał dostrzegać. - Po raz ostatnim składam Ci taką ofertę...
Zgodził się...

***

Kyle Backus urodził się w hrabstwie Yorkshire, w Yorku. Jego dzieciństwo z pewnością trudno zaliczyć do idealnych, takich, jakie każde dziecko pragnęłoby sobie wymarzyć, mimo tego sam zainteresowany wspominał je całkiem pozytywnie (oczywiście do czasu, gdy przestał rozpamiętywać tych zatraconych w książkach, ślepej wierze, przeżytych bez refleksji lat życia). Był jedynakiem, synem pastora oraz katechetki. Wychowywanie się w rodzinie z silnie zakorzenioną tradycją religijną, z pewnością nie przysporzyło mu wielu przyjaciół wśród rówieśników. Szkoła była tak naprawdę tylko codziennym pobocznym obowiązkiem klasyfikującym się daleko za codzienną poranną oraz wieczorną mszą świętą, dokładnym i pasjonującym studiowaniem pisma świętego oraz żmudną liturgią będącą nieodzowną częścią tego niemal ascetycznego trybu życia. Nietrudno sobie zatem odpowiedzieć na pytanie dlaczego wśród znajomych cieszył się nieposzanowaną opinią kompletnego świra. Nie zmieniło tego nawet powolne wkraczanie w dorosłość.
Był bardzo zdolnym uczniem i skończył szkołę o rok wcześniej od równolatków. Mimo tego, że pochodził raczej ze średniozamożnej rodziny, rodzice zafundowali mu wyjazd do college'u w Londynie.

Właśnie tam rozpoczyna się jego historia. Właśnie w tym mieście Kyle umiera śmiercią całkowicie naturalną. Umiera właściwie to, co wewnątrz niego. Jak to jednak bywa w tym wszechświecie, śmierć jednej rzeczy prowadzi do narodzin innej. Tak właśnie powstaje Sven (choć 'powstaje' to może za dużo powiedziane). Ktoś mógłby stwierdzić, że to tylko nowe imię oraz nazwisko, które przybrał ten sam człowiek, jednak ta osoba byłaby w głębokim błędzie. Sven również jest człowiekiem głębokiej wiary. Tyle, że w jego przypadku uduchowione słowa idą w parze z czynem...
Wkroczył na żmudną ścieżkę, która w efekcie miała go uczynić jednym z Quincy. Być może nie rozumiał do końca samego sensu i istoty istnienia tej organizacji, lecz wiedział jedno - tylko w taki sposób może kontynuować wypełnianie swojego ziemskiego powołania. Tylko tak będzie mógł wdrożyć swą wiarę i uczynić z niej jakikolwiek pożytek.
Tak samo jak pierwsze kilkanaście lat jego życia upłynęło pod znakiem nauki i odkrywania tajemnic wiary, tak kolejne stały się ciężkim treningiem, który miał uczynić z niego świętego wojownika wiary. Ten etap tak naprawdę się jeszcze nie skończył. Trwa do dziś, mimo że porzucił już swego mentora, zdając sobie sprawę, że pełną doskonałość zarówno duchową, jak i fizyczną osiągnie jedynie przez samodzielną naukę. Te decyzje zawiodły go aż tutaj, do Japonii, a dokładnie niedużego miasta, Karakura.
Pod nowym nazwiskiem oraz tożsamością pracuje na niewysokim stanowisku w jednej z dużych, zamożnych korporacji branży komputerowej, gdzie marnuje połowę dnia na durnym wstukiwaniu cyfr do komputerowych tabeli. Starcza to na prowadzenie dostatecznie satysfakcjonującego życia doczesnego oraz zapewniania potrzeb codzienności. Czasem jednak wpadają mu okazje na dorobienie kilku groszy...

***

"Życie Karakury" zdecydowanie zeszło na psy. Była to myśl, która coraz częściej towarzyszyła Sven'owi podczas porannego, sobotniego rytuału wertowania kolorowych stron tegoż tygodnika. Z typową dla siebie obojętnością w oczach przewracał kolejne strony gazety z taką szybkością, iż niejedna osoba mogłaby pozazdrościć mu umiejętności szybkiego czytania. On jednak po prostu doskonale wiedział czego szukał. Jego wzrok miał już zaprogramowane, na co należy zwracać uwagę. Na pewno nie należały do nich zdjęcia wdzięczących się, obnażonych dam i kolorowe, krzykliwe reklamy wzbogaconych o suplementy karm dla psów (co ciekawe, ów tematyka wg. redakcji pisma musiała mieć ze sobą wiele wspólnego).
Właśnie wypalał ostatniego papierosa i miał z żalem stwierdzić, że będzie musiał wybrać się do sklepu, kiedy jeden z artykułów przykuł jego uwagę.
"Tajemnicza zjawa terroryzuje opuszczoną świątynię!" Z ów dziennikarskiej, mającej na celu wzbudzić jak największą sensację, papki udało mu się wyciągnąć kilka kluczowych faktów. Zabytkowa świątynia, nieruszana od dziesiątek lat została poddana remontowi. Po kilku tygodniach prac na miejscu w tajemniczych okolicznościach zginęła grupka robotników. Prace przerwano. Podobno po nocach z placu budowy dochodzą złowrogie dźwięki, niepokojące odgłosy, a czasem wręcz potępieńcze krzyki (choć w tym zapewne było sporo przesady). Sven nabrał już nieco doświadczenia w odróżnianiu dziennikarskiej sensacji i zwykłej, ludzkiej histerii od spraw, w których może kryć się to przysłowiowe ziarenko prawdy. Tak też było tutaj. Właściciel budowy wzywał pięciu egzorcystów, z czego dwóch poniosło śmierć, trzech zwiało podwijając kiecę. Policja stwierdziła, że wszystkie akty zgonu były zwykłymi wypadkami i zabroniła kontynuowania wszelkich prac z powodu wysokiego stopnia niebezpieczeństwa. Może warto temu się przyjrzeć?


Okolica była nadzwyczaj cicha. Szklane, piętrzące się ku niebu budowle były już tylko ledwo widocznym mirażem niknącym wraz z towarzyszącym im miejskim zgiełkiem za plecami. Sven doszedł do wniosku, że ktokolwiek tu zapuszczał się w godzinach nocnych i tak musiał mieć nieźle namieszane w głowie, aby potem gadać gazetom o jakichkolwiek 'potępieńczych wrzaskach'.
Świątynia znajdowała się na lekkim wzniesieniu. Cóż, jeżeli oczywiście to coś zasługiwało na podobne miano. To co kiedyś być może było ozdobnym ogródkiem porastającym pobliskie tereny, było teraz wyschniętym na wiór organicznym cmentarzyskiem porośniętym przez liczne chwasty, narośle oraz zamieszkane przez małe, stworzonka, którym najwyraźniej bardziej odpowiadała obecna forma oazy. To co mogło być niewielkim, kamiennym posążkiem buddy było teraz zaledwie obrośniętym w mech, pozbawionym połowy twarzy kamiennym straszydłem. Wreszcie, to co było świątynią, przypominało już zaledwie drewnianą ruderę z podziurawionym dachem, zdartą farbą i resztkami dawnych, orientalnych zdobień. W tle cicho dzwoniła bambusowa ozdoba.
Na kamiennej podmurówce (chyba najlepiej zachowanym elemencie całej konstrukcji) czekał już zgodnie z umową właściciel.
- Urocza okolica... - rzekł całkiem poważnym tonem Sven podając dłoń przysadzistemu, wąsatemu mężczyźnie. Ten tylko odburknął coś niewyraźnie spoglądając podejrzanym wzrokiem na przybysza. Czego on się niby się spodziewał? Rycerza w lśniącej zbroi, kolejnego kaznodziei, a może orszaku aniołów z ognistym orężem? Sven oczywiście nie miał zamiaru wystrajać się specjalnie na takie okazje. Jak na poważnego człowieka przystało miał na sobie czarną marynarkę i białą koszulę... wyjątkowo, do kompletu nie dołączył krawat. Uznał, że robota może okazać się nieco brudniejsza niż się wydawało, i nie pomylił się...
- Ten... zajmuje się Pan się wypędzaniem duchów? - wydukał właściciel, gdy milczenie zaczęło narastać.
- Owszem - Sven uśmiechnął się samymi ustami. - Pozwoli Pan, że tam wejdę i przyjrzę się sprawie?
- Oczywiście, ale radzę.. no ten... uważać. - Och, jakże rozczulające były ów miłe gesty od zatroskanych, praworządnych obywateli, którzy życzyli mu jak najlepiej. Sven oczywiście wziął cenną uwagę do serca i wkroczył po skrzypiących schodach do wnętrza.

Wpierw w nozdrza uderzył ostry zapach zgnilizny. Przystanął po kilku krokach. Było dosyć ciemno. Zbyt ciemno. Mimo tego, że z zewnątrz konstrukcja wyglądała niczym stylizacja a'la ser szwajcarski, do samej sieni docierało tak naprawdę niewiele światła. Cóż, oczywiście zawsze można polegać na słuchu, lecz jak tu cokolwiek usłyszeć, gdy wszystko wokół skrzypi, świszczy i daje oznaki 'życia'. Tak naprawdę nie trzeba tu żadnego straszydła, aby po prostu ulec strachowi.
Sven stara się być raczej ostrożnym człowiekiem. Dlatego idąc tu wcale nie afiszował się swoim reiatsu, teraz wręcz przeciwnie. Wydawało się, że zwabienie tego czegoś, zakładając że tu jest, może okazać się niemożliwe bez odpowiedniego impulsu. W końcu pojawiały się tu też władze, a ataki następowały w określonych przypadkach. Oznaczało to dwie rzeczy - albo stoi za tym osoba trzecia albo stwór sam sobie wybiera potencjalne kąski. A jak wiadomo 'hollowy' lubią odpowiednią zachętę.
Zauważył go. Miał wyjątkowe szczęście - istota przysiadła, dosyć wysoko, na jednym z rusztowań, tuż koło zakurzonego okna, przez które przedzierały się mdłe nitki światła. Był to właściwie jedynie niezidentyfikowany kształt, jednak poruszył się już kilka razy. Sven miał pewność. Miał też jedną szansę.
Właściwie w tym samym momencie ze ściskanego dotychczas w dłoni amuletu wystrzeliły dwa snopy energii, formując świetlisty łuk. Uformowana strzała pomknęła w stronę kształtu, niczym śmiercionośny jeździec. I o dziwo... dosięgnęła celu.
Pocisk rozprysnął na wszystkie strony tworząc niemal fajerwerk, a trafione stworzenie zawyło. Kształt zawirował, po czym runął w dół. Sven był niemal zaskoczony pomyślnością tak beznadziejnie prostego ataku, ale nie zamierzał poświęcać temu dużej uwagi. Natychmiast podbiegł do miejsca, gdzie zleciała maszkara. Zamiast jej napotkał jedynie sporej wielkości dziurę w podłodze, w którą omal sam nie wpadł. Piwnica? Trudno było powiedzieć... Z bezdennej pustki, której mógł się tylko przyglądać, dobiegły go złowrogie pomruki i narastający szelest. Nie zamierzał czekać aż przeciwnik raczy powrócić na deski areny, tym bardziej nie zamierzał składać mu osobistej wizyty. Sięgnął za pazuchę po kilka srebrnych rurek, które przygotowane były specjalnie na takie okazje. Cisnął je w otchłań po czym odbiegł wykrzykując formułę.
Wnętrze rudery zaczęło rezonować. Cóż, być może przesadził nieco z ilością. Z ciemności zaczęły wyskakiwać białe snopy energii. Przez moment całe pomieszczenie rozbłysło oślepiającym światłem obnażając jeszcze bardziej fatalny stan elewacji i pozostałości drewnianej, podgniłej boazerii. To był koniec.

***

Właściciel wbiegł do wnętrza wyraźnie spanikowany. W jego oczach malowała się dezorientacja.
- Ty... ty... Co ty zrobiłeś?! - jego wzrok krążył i wyraźnie szukał czegoś wokół.
- Wykonałem swoją robotę. - stwierdził spokojnie Sven. Podrzucił w rękach dwie złote monety, po czym rzucił je w taki sposób iż wpierw odbiły się one od galaretowatego brzucha właściciela, po czym spadły tuż przed nim - Znalazłem, tam w dole, dosyć ciekawe rzeczy. - oczy brzuchacza robiły się coraz większe, tak jakby wszystko do niego docierało. Nadawało to jego świniowatej mordce jeszcze bardziej idiotyczny wyraz.
- Czekaj... dogadamy się. Wyjaśnię Ci. - głos z zapalczywego barytonu miejscami przechodził piskliwy jazgot.
- Nie ma czego. Dla mnie wszystko jest jasne. Robotnicy podczas renowacji natknęli się na ukryte w piwnicy kosztowności... zobaczyłeś szansę na niezły zysk.- na chwilę przerwał. Trzymał amulet w gotowości. - Nie mam pojęcia jak przejąłeś kontrolę nad tym czymś, ale zdobyłeś dobry straszak, a przy okazji przychylność władz. I tu kończy się Twoja szczęśliwa passa... Policja jeszcze dziś dowie się o nieszczęśliwym wypadku jaki spotkał właściciela 'nawiedzonej świątyni'.
- Układ!.. Możemy wejść w układ! Podzielimy się zyskiem! - krzyknął, a jego oczy zapłonęły, tak jakby złożył ofertę nie do odrzucenia. Cóż, niestety natrafił na niewłaściwą osobę. Sven popatrzył na niego z obrzydzeniem.
- Nie. Coś takiego zrobiłby tylko skurwysyn. A ja nie jestem skurwysynem... Jestem prawym człowiekiem.

Pieniądze: 500 Ryo.

STATYSTYKI
Atrybuty:
Siła: 5(-1k) = 4
Szybkość: 5 (5k ) = 10
Zręczność: 5 (4) = 9
Wytrzymałość: 5(-1k) = 4
Inteligencja: 5 (7) = 12
Psychika: 5 (2) = 7
Reiatsu: 5(-3k +2) = 4
Kontrola Reiatsu: 5(5k ) = 10

k - klasowe

OGÓLNE

Udźwig: 40 kg
Prędkość (śr.): 10 km/h
Prędkość (max.): 30 km/h
PŻ (Punkty Życia): 40
PR (Punkty Reiatsu): 40

Techniki

Cóż, szczerze mówiąc mam tu pewien problem. Nie jestem do końca pewien czy już na początku mam prawo wymyślić jakieś własne techniki (i ile?) czy odbywa się to w drodze rozgrywki (jak widać zamieściłem w historii fragment świadczący, że postać używa jednej z technik, ale mogę to oczywiście zmienić)

Umiejętności:
Spostrzegawczość Quincy
Rurkarz
Maskowanie reiatsu
Prawo jazdy

Wady:
Uzależnienie (papierosy)
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Watanabe no Tsuna



avatar

Mistrz Gry : Fairy

Karta Postaci
Punkty Życia:
4096/4096  (4096/4096)
Punkty Reiatsu:
83037/262144  (83037/262144)

PisanieTemat: Re: Sven [Quincy]   Pon 30 Sty 2012 - 16:44

dokańcza
Fuuuj...

Jakies tam przecinki, czasem zdania zbyt wielokrotnie zlozone.

+

Pozdrawiam,
Tsuna
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
GhostBuster


avatar

Mistrz Gry : Shadow

Karta Postaci
Punkty Życia:
40/40  (40/40)
Punkty Reiatsu:
40/40  (40/40)

PisanieTemat: Re: Sven [Quincy]   Pon 30 Sty 2012 - 20:02

Dziękuję za bezproblemowego akcepta ;] Cóż, moja nieustanna praca nad poprawą budowania składni zdaniowej wciąż trwa. Czekam z niecierpliwością na kolejne opinie
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Kamys



avatar

Oddział : Dywizjon 11
Mistrz Gry : Izdurbal

Karta Postaci
Punkty Życia:
102/290  (102/290)
Punkty Reiatsu:
41/156  (41/156)

PisanieTemat: Re: Sven [Quincy]   Pon 30 Sty 2012 - 20:06

Ja się do karty nie przyczepie, chociaż z pewnych względów akcepta nie dam. Szukaj sobie mistrza powoli... Jak się zdaje zbyt wiele osób karty już nie oceni.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
GhostBuster


avatar

Mistrz Gry : Shadow

Karta Postaci
Punkty Życia:
40/40  (40/40)
Punkty Reiatsu:
40/40  (40/40)

PisanieTemat: Re: Sven [Quincy]   Pon 30 Sty 2012 - 20:25

Ah, rozumiem że panuje mały deficyt GMów :/ Pozostaje mieć nadzieje, że znajdzie się jakiś wolny spot .
Rozumiem, że względy te nie dotyczą samego wykonania karty? Jeżeli jest w niej coś, co czyni z niej postać nieakceptowalną nie pogardzę odrobiną krytyki :p
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Kamys



avatar

Oddział : Dywizjon 11
Mistrz Gry : Izdurbal

Karta Postaci
Punkty Życia:
102/290  (102/290)
Punkty Reiatsu:
41/156  (41/156)

PisanieTemat: Re: Sven [Quincy]   Pon 30 Sty 2012 - 20:39

Nie dotyczy karty ; ) JAk na ostanie warunki ta KP jest przynajmniej niezła. Zwyczajnie w moich zasadach jest napisane że przyjmę gracza któremu dałam akcepta... A już mam sporo ludzi + mało czasu, a jeszcze muszę obsłużyć swojego PBFA ; D

Niedawno przyjęliśmy całkiem niezłego mistrza gry (Shadow), być może on będzie skory do współpracy.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Imperator Kuchiki



avatar

Oddział : Dywizjon 7
Mistrz Gry : Big Sis Haru

Karta Postaci
Punkty Życia:
70/70  (70/70)
Punkty Reiatsu:
90/90  (90/90)

PisanieTemat: Re: Sven [Quincy]   Wto 31 Sty 2012 - 15:12

Ja żadnych zastrzeżeń nie zgłaszam. Ogółem ładna karta. POZITIF
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Shadow


avatar

Mistrz Gry : Kamys

Karta Postaci
Punkty Życia:
8/60  (8/60)
Punkty Reiatsu:
25/42  (25/42)

PisanieTemat: Re: Sven [Quincy]   Sro 1 Lut 2012 - 15:57

Yay! Już mi nawet reklamę robią! :3

Quincy - to dobrze dawno żaden mi się w oczy nie rzucił. Druga strona medalu jest taka, ze będę musiał poczytać na ich temat, bo już nic nie pamiętam :P

Charakter i wygląd są git. Podoba mi się to ugruntowanie ideologiczne daje sporo możliwości zarówno na + jak i - dla postaci.

Historia: Na pw wyślę ci w najbliższym czasie moje podpowiedzi co do poprawienia jakości językowej historii - chodzi o to, że w paru miejscach zdania sugerują coś innego niż się dzieje itp. Nic specjalnie poważnego, a myślę, że jak ci pokażę o co chodzi to następnym razem lepiej pójdzie ci tego typu opis ;) (prawie jak polonista! :P)

Jeśli chodzi o wrażenia i zawartość to podoba mi się. Co zabawne dzięki temu, że sam poprowadziłeś sobie jakby przygodę dałeś mi pomysł na to co może się dziać, bo nie wiedziałem w co można wpakować Quincyego.

Jeśli chodzi o twoje pytanie co do technik. Nikt ci specjalnie na to nie odpowiedział, a do tego szukam i nie rzuciło mi się w oczy by było coś co zakazuje posiadania techniki na start. Poszukam jeszcze czegoś na ten temat, ale jeśli nie będzie to sprecyzowane zróbmy tak, że możesz albo opisać to co użyłeś w historii i wysłac mi na pw czy tam zamieścić tutaj albo dam ci dostęp do technik Quincy tylko zastanowię sie jeszcze w jakim zakresie.

I tak daję ci AKCEPT i do tego przyjmuję do siebie :)


Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
GhostBuster


avatar

Mistrz Gry : Shadow

Karta Postaci
Punkty Życia:
40/40  (40/40)
Punkty Reiatsu:
40/40  (40/40)

PisanieTemat: Re: Sven [Quincy]   Sro 1 Lut 2012 - 18:11

Dziękuję za accepty.

Co do ów techniki to bardzo się nie wysilałem (pewnie wymyśliłbym coś lepszego), ale skoro została użyta w historii to szybko wyjaśnię.
W tym przypadku wykorzystanie srebrnych rurek przez Quinciego można porównać do działania granatu. Zależnie od ilości użytych materiałów kulminacyjna fala energii może przybrać formę od raczej nieszkodliwego 'flashbang' aż po typowy granat odłamkowy (w tym wypadku ich rolę spełniają śmiercionośne cząstki reiatsu). Każda zdrowo myśląca istota utrzyma odpowiedni dystans od rażącej energii, a w szczególności sam jej użytkownik, który z niezwykłą ostrożnością powinien obchodzić się z taką bronią...
Żeby miało to jeszcze odpowiednie podłoże w historii postaci powiedzmy, że jest to technika, której nauczył się od swego 'mentora' (sądzę, że jeszcze za wcześnie na to aby sam coś wymyślił, prawda?)
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Sponsored content




PisanieTemat: Re: Sven [Quincy]   

Powrót do góry Go down
 
Sven [Quincy]
Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Powrót do góry 
Strona 1 z 1

Permissions in this forum:Nie możesz odpowiadać w tematach
 :: Strefa Gracza :: Gracze :: Stare-
Skocz do:  
Free forum | © phpBB | Free forum support | Kontakt z | Report an abuse | Create a free blog