IndeksFAQSzukajUżytkownicyGrupyRejestracjaZaloguj
Nabór na stanowiska Mistrzów Gry! Rekrutacja na GG: 2785425!
Pomoc dla nowych graczy

Lista aktywnych Mistrzów Gry:
Kamys 5/3 | Izdurbal Tenshi - 3/4 | Kuchiki Kyosuke - 6/3
CZaras – 2/3 | Shadow - 1/1 | Kaz- 1/1 | Kovacs - 0/1 |
Watanabe no Tsuna
- 2/3* (możliwe dodatkowemiejsce o ile KP zainteresuje, zaś gracz będzie aktywny)


Share | 
 

 Yagokoro Uichi [Shinigami]

Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Go down 

Ocena
 Pozytywna
 Negatywna
 Neutralna
Zobacz Wyniki
AutorWiadomość
Gość
Gość



PisanieTemat: Yagokoro Uichi [Shinigami]   Pon 12 Mar 2012 - 15:50

DANE

Imię: Uichi (烏一)
Nazwisko: Yagokoro (八意)
Profesja: Shinigami
Płeć: Mężczyzna
Wiek: 26
Wzrost: 187cm
Waga: 82kg
Wygląd:
Wysoki oraz dobrze zbudowany mężczyzna, który jest dumnym posiadaczem gęstych, ciemnobrązowych, sięgających ramion włosów. Oczy jego, będące tegoż samego koloru co włosy, są naturalnie zmrużone i podkreślone delikatnymi sińcami, co nadaje im sennego wyrazu. Mimo wszystko ich spojrzenie pozostaje chłodne i diablo przenikliwe, wręcz drapieżne. Umiejscowione są w pociągłej twarzy o regularnych rysach, przyozdobionej lekkim rumieńcem. Sprawą lenistwa udało mu się wyhodować parodniowy zarost z wyraźnie zarysowanymi wąsami i bródką. Przy policzkach wiszą pojedyńcze warkoczyki zwieńczone jednokolorowymi wstążkami - z prawej białą, a z lewej czarną.
Shinigami jest dobrego zdrowia i kondycji fizycznej, co świadczy o tym widoczna, rozwinięta maskulatura jego atletycznej budowy ciała oraz płynność i świadomość wykonywanych przez siebie ruchów. W mniejszym czy wiekszym stopniu zapewnia to ćwiczeniom Taijiquan. Praktyki te miały na celu głównie rozwój ducha oraz uzyskanie spokoju ciała i umysłu, co wpłynęło pozytywnie na jego percepcję.
Akademia Shinigami posiada ujednolicone umundurowanie, w związku z tym strój mężczyzny nie różni się zbytnio od pozostałych studentów. Białe haori związane haori-himo oraz niebieskie hakama. Wyjątkiem są bose stopy włożone w słomkowe zori. Ponadto przez lewe ramię ma przewieszoną skórzaną torbę z różnorakimi medykamentami (w tym buteleczką z sake) i nie tylko.

Charakter:
Dr Yagokoro jest surowy, wierny pryncypiom i stosujący żelazną samodyscyplinę. Gdy się już za czymś opowiedział to trzyma się tego niezależnie od okoliczności. Zadania wypełnia do samego końca, także w niesprzyjających warunkach. Przedkłada samotność nad masę. Odczuwa niechęć do niesprawiedliwości. Ceni wszystko co piękne, doskonałe. Jego ciekawość buduje szeroki krąg zainteresowań. Ma tendencje do zamyślania się. Umysł ma jasny i ostry (podobnie język). Skryty i cichy, odzywa się w razie konieczności. Posiada nerwy ze stali. Cechuje go tendencja do oceniania. Widzi siebie w roli sędziego. Stara się być neutralny, bezstronny. Cyniczny realista, kierujący się swoim światopoglądem. Lubi czarny humor, a absurd go bawi. Analityczny. Najpierw kieruje się rozumem, a potem sercem. Szanuje zdanie innych, lecz nie zawsze się z nim zgadza. Potrafi słuchać. Sprawiedliwy moralista.
W ostatecznym rozrachunku jest to człowiek pełen zharmonizowanych sprzeczności, które się uzupełnią nawzajem - pozwalają mu odnaleźć złoty środek i granicę pomiędzy.

Ekwipunek:
Bokken, mundur akademii, przybory do pisania, torba z medykamentami.

Historia:
"Yagokoro - usługi medyczne"
Napis na szyldzie prezentował się całkiem nieźle. Co prawda zmarnowałem na jego przygotowanie kupę czasu i trochę pieniędzy, ale było warto. Po tygodniu bezowocnej próby kaligrafii zostawiłem ten problem znajomemu kowalowi. Wydłutowanie napisu w drewnie zajęło mu niespełna godzinę wyglądało dużo lepiej od mojej imitacji pisma - z braku lepszego porównania - klinowego. Kanatako Togu zarządał niewielkiego wynagrodzenia ze swoje trudy. Na szczęście był człowiekiem nie przywiązującym wielkiej wagi do spraw materialnych tak, jak ja. Dodatkowo skomentował, że ja i medycyna znakomicie do siebie pasujemy. Skomplikowana dusza oraz skomplikowana nauka. Co w rezultacie stanowi zachowanie tajemnicy zawodowej, aż do samej śmierci - a może i dłużej. Nigdy nie wiadomo.
Byłem jedynym lekarzem w okolicy, a obszar mojego rewiru - sięgał daleko, poza Sześćdziesięty Dziewiąty numer dzielnicy Zachodniego Rukongai. Nie nazywałem tego miejsca domem. Stanowiło bardziej miejsce wypadowe, gdzie po skończonym dużurze wracałem zregenerować siły. Przy rzadkich okazjach uzupełniałem preperaty lecznicze. Tak to, przechowywałem tam swoje osobiste rzeczy. Nic poza tym. Teoretycznie lecznica zawierała w sobie skromną poczekalnię dla potencjalnych klientów. Tych, niestety, nie było zbyt wielu. Mówiąc szczerze - wcale. Z niewyjaśnionych powodów (bo te były znane) ludzie obawiali się lekarzy. Jako, że byłem jedyny nie musiano się zastanawiać kto był najstraszniejszy. Dlatego większość czasu spędzałem kliniką. Głównie w nocy, gdzie odsetek wypadków drastycznie wzrastał, a przestępcy wychodzili ze swoich nor. Praktykowałem medycynę bezinteresownie. Ratowanie czyjegoś życia nie miało swojej ceny. Po pierwsze, nikogo nie było na to stać. Po drugie, nie znałem rzeczy będącej równowartością ceny życia. Dlatego, pracowałem za bezcen. Dla tych którym udało mi się ocalić żywot - byłem aniołem miłosierdzia. Dla całej reszty osób, które mnie nie znały - byłem aniołem śmierci. Nie każdy zabieg, zwłaszcza w warunkach polowych, przynosił korzystne rezultaty. Właściwie - operacja się udała, ale pacjent zmarł. Naturą ludzką jest pamiętać niepowodzenia innych ludzi. Te niepowodzenia były przyczyną mojej parszywej reputacji. Spodziewałem się tego wcześniej, tuż przed podjęciem nauki zawodu. Mój nauczyciel z Północnego Rukongai cieszył się podobnie zła renomą, lecz nie aż tak. Nie bano się go, tylko jego zabiegów. W moim przypadku, z kolei, było coś jeszcze. Coś co nieumożliwiało mi dojście do mieszkańców dzielnicy. Coś, co już z początku wywołało u nich strach i niechęć. Był to Kiba. Pierwszy pieprzony pacjent po rozpoczęciu samodzielnej praktyki lekarskiej. Jak się później okazało, był szefem gangu, który trząsł Sześćdziesiątą Dziewiątą dzielnicą i wszystkim wokół. Nawet nie wiedziałem w jakie bagno się wpakowałem. Brnąłem w nim i brnę nadal. Aż do dzisiaj.
Nienaturalny spokój na obrzeżach Rukongai można uznać za zły omen. Coś się działo, albo coś się miało wydarzyć. Dzisiaj nie spotkałem nikogo komu mógłbym pomóc. Tak naprawdę nikogo nie spotkałem. Nikt mnie nie śledził. Żadnych napadów, żadnych gróźb. Nie było ludzi dla podpuchy ściągających mnie w boczne uliczki. Nie widziałem śladu zasadzki. Tego typu zdarzenia były moją zwyczajową codziennością. Zawsze się coś działo. ZAWSZE. Noszenie broni oraz wzmożony stan gotowści był czymś dla mnie zupełnie normalnym. Potrafiłem ukryć swoje kroki. Zintegrować się z przestrzenią i znieruchomieć. Wstrzymać oddech oraz zamienić się w słuch. Nie lubię uciekać, ale gdy trzeba było, gubiłem pogoń. Rzadko używałem noszonej przy prawym boku drewnianej pałki, lecz kiedy musiałem jej użyć radziłem sobie z rozbrojeniem przeciwnika. Mieszkając niemal na obrzeżach Soul Society nauczyłem się wielu ciekawych sztuczek. Wspomniałem tylko o podstawach sztuki przetrwania w tym rejonie. Swoisty dekalog dla tych, którzy pragnąć przeżyć w tej niegościnnej okolicy. Lecz mój dzień miał się ku końcowi.
Wracając z dyżyru, naszprycowany podejrzeniami, natrafiłem na najgorszy z przewidywanych przeze mnie scenariuszy. Szyld, o którym wspominałem na początku, był trawiony przez ogień.
Kiedy wróciłem okazało się, iż w mojej klinice wybuchł pożar. Miejscowi połączeni w długim łańcuchu podawali sobie z rąk do rąk wiadra z wodą. Z ich zmęczonych twarzy mogłem wyczytać niechęć do wykonywanej przez nich roboty. Oczywiści. Nie chcieli uratować mojego zakładu, a jedynie zapobiec rozprzestrzenieniu się ognia na pobliskie chaty. Przyglądając się temu zjawisku oraz sposobowi rozchodzenia się płomieni wpadłem na to, iż ogień został podłożony od środka. Przypuszczam, że mój skromny dobytek spłonął jakiś czas temu. Zestaw alchemika, który otrzymałem po zmarłym mistrzu. Łuk retro-refleksyjny, podarunek od żony przyjaciela na moje dwudzieste szóste urodziny. Jeszcze zostały zioła i leki, ale te poszły z dymem. Miałem nadzieję, iż obłok przeobrażonych środków uspokajających nie okaże się groźny dla mieszkańców przestworzy. Wizja następnego dnia - deszczu spadających wron - nie była zbyt przyjemna.
Opłakując w ciszy swoją stratę zauważyłem, iż nie byłem jedyną osobą, która biernie przyglądała się akcji przeciwpożarowej. Spojrzałem na tych ludzi i natychmiast pojąłem, że patrzę na swoich byłych pacjentów. Gdy tylko poczuli na sobie mój wzrok zobaczyli kto to, po czym odwracali się gdzieindziej. Nie wiem czy na ich twarzach dostrzegłem smutek. Może. Jednak nie miało to już znaczenia. Długo ktoś starał się mnie pozbyć. Ostatecznie udało mu się. Mało dyskretna metoda, ale jakże skuteczna. Na dodatek cała wina spadnie na mnie. Postanowiłem się upewnić czy tak będzie w istocie. Podszedłem do wysokiego mężczyzny, który zarządzał całą tą akcją. Podchodząc doń zmierzył mnie niegościnnym spojrzeniem.
- Czego chcesz? Nie potrzebujemy cię tutaj. - wypalił na przywitanie.
Jego słowa uderzyły mnie prosto w twarz. Jednak dobrze się trzymałem po tym policzku.
- Tak, tak. Jasne. Powiedz mi kiedy dom zaczął się palić.
Poprosiłem grzecznie na co facet spojrzał groźnie i burknął.
- Nie twoja sprawa.
- To moj-
- Twój dom, twój pożar, twój problem. Odwal się.
Otworzyłem usta, aby zapytać się: "Więc po co go kurna gasicie?", ale postanowiłem się zamknąć. Pan koordynator akcji podniósł dłonie z zamiarem ich użycia, więc odwróciłem się na pięcie i poszedłem w swoją stronę. Usłyszałem to co chciałem. Nikogo nie obchodziło co się stało. Chodziło tylko o to, aby mnie stąd wypieprzyć. Zatrzymałem się, w którymś odcinku łańcucha ludzi i spojrzałem przez ramię. Nie miałem dokąd wracać, nie miałem też dokąd pójść. Przynajmniej na razie. Mogłem się w każdej chwili przekwalifikować na kogoś innego. Nie wiem... Seryjnego mordercę, tak dla przykładu.
- Co się gapisz? Spieprzaj stąd.
Rozejrzałem się w celu zlokalizowania źródła dźwięku w pracującym rzędzie osób, gdy pojawił się kolejny sygnał. A po tym kolejny. I następny...
- Odejdź stąd, Doktorze Śmierć!
- Syn Kruka!
- Kusiciel złego losu...
- Adwokat d...
- ZAMKNIJCIE SIĘ.
Przeciąłem ostatnią wiadomość. Przeciąłem, bo uniosłem się tak gwałtownie i z taką agresją, że wszyscy zamilkli, jakbym poucinał im języki. Szkoda, że nie głowy. Patrzeli się na mnie w milczącym przerażeniu, a ja zacząłem się zastanawiać czy rzeczywiście jestem taki groźny. Odpowiedź kryła się gdzie indziej. Spojrzałem za siebie, aby odkryć, że w naszą stronę zmierza ponad tuzin uzbrojonych w katany mężczyzn. Szli w zwartej formacji zamykając w sobie jedną osobę. Kogoś ważnego, albo szefa. Wiedziałem dokładnie kim byli i kim była osoba wewnątrz. Gdy się odezwała, tylko potwierdziły się moje przypuszczenia. Kiba.
- No Yagokoro, dawno się nie widzieliśmy. Cieszę się z naszego spotkania.
Uśmiechnąłem się mimowolnie i skinąłem głową w ramach powitania. Orszak zatrzymał się, po czym przód formacji rozstąpił się na boki, aby przepuścić niewysokiego mężczyznę, który zmierzał w moją stronę. Towarzyszyła mu trójka wojowników z pierwszej linii, ale to nie oni skupiali moją uwagę. Uśmiechałem się, ponieważ facet stojący przede mną był wrakiem człowieka. Na moje oko był bliski ukończenia pięćdziesiątki, choć jego faktyczny wiek pozostawał nieznany. Mocno się postarzał od czasu kiedy widziałem go poraz ostatni. Już wtedy wiedziałem, że zszyta przeze mnie rana poniżej mostka nie była jego jedynym zmartwieniem. Facet lubił sobie solidnie wypić oraz cierpiał na nadwagę. Nie widzieliśmy się dwa lata, a zdążył urosnąć na moich oczach. Ponadto rozstaczał wokół siebie niezdrową woń alkoholu oraz rozkładającego się ciała, przypuszczalnie we wnętrzu. Okrągła twarz z kaprawymi oczkami była wyraźnie nalana - zaczerwieniona i spuchnięta, jakby pił bez ustanku. Ponadto normalnie gęste włosy wyrastały teraz z czaszki niewielkimi kępkami. Jego baryłkowaty brzuch trząsł się za każdym razem, gdy wykonał jakiś ruch. Wyglądał słabo. Był zmęczony i pocił się. Mimo to głos jego był silny i pewny siebie. Postanowiłem przestać mu się przyglądać oraz przywitałem się.
- Dobry wieczór panie Kiba. Również się cieszę z naszego spotkania. Nawet nie wie pan jak bardzo. Co też do mnie sprowadza sprowadza?
Uśmiechałem się najmilej jak umiałem, a twarz mężczyzny z uśmiechu przeszła do powagi.
- Usłyszałem pogłoski, iż niepokoisz mieszkańców. Wiesz Yagokoro, dbam o dobro tej dzielnicy i nie życzę sobie, aby ktoś zakłócał tutaj spokój. Oprócz tego, bardzo mi przykro za to co się stało z pańskim domem. Ponadto... Czy coś cię bawi, Yagokoro?
Facet miał rację. Z trudem powstrzymywałem śmiech. Przystawiłem pięść do ust i odkaszlnąłem parę razy, jakbym się krztusił. W istocie, nigdy nie słyszałem tak kiepskiej gry aktorskiej, ale najwyraźniej Kiba o to nie dbał. Kłamstwa oraz to co się stało, nie przejmował się tym. Wiedział, że nic mu nie zrobię i nic nie mogę. A jednak, ta sytuacja mnie bawiła.
- Bardzo przepraszam panie Kiba. Nie mogę jeszcze zapanować nad sobą po tym co się dzisiaj wydarzyło. Bardzo przepraszam.
- Rozumiem. Słyszałem też, że targnięto się na twoje życie. Nie raz, a parę razy. Na twoje szczęście żyjesz Yagokoro. Zająłem się sprawą tych zamachów oraz morderstw, które nasiliły się ostatnim czasem. Przykro mi, że nie mogłeś pomóc tym osobom w potrzebie. Naprawdę mi przykro. Ale zrozum, że ta agresja, zarówno przeciwko tobie, jak i losowym mieszkańcom, może być wyłącznie twoją winą. Widzisz, ludzie nie mogę tobie zaufać. Boją się ciebie. Może to prowadzić do agresji i do tego co mówiłem wcześniej. Chyba wiesz co chcę przez to powiedzieć Yagokoro?
Tak. Wiedziałem o tym wszystko. Drań zastraszył całą dzielnicę mówiąc, że jestem synem diabła. Wysyłał na mnie swoich przydupasów i wynajętych rzezimieszków. Bił ludzi do nieprzytomności i zostawiał ich na skraju śmierci, aby zeszli na moich rękach. W ostateczności spalił mój dom. Tak, świetne kłamstwa panie kolego. Uśmiałem się do łez. Chłodna historia bracie. Spieprzyłeś mi reputację jako lekarz do końca moich dni.
- Tak. Wydaje mi się, iż rozumiem pana, panie Kiba. Na szczęście nie mam zbyt wielkiego bagażu. Poza tym - uśmiechnąłem się od ucha do ucha, niemal obłąkańczo- myślałem nad zmianą zawodu.
- O, naprawdę? A czym chciałby się pan zająć?
- Hmmm... Na przykład grabarzem. Tak. Ze śmiercią mam wiele wspólnego. Prawda panie Kiba?
Zdawał się zastanawiać nad moim przesłaniem, lecz przerwałem mu odwiązując od pasa spory dzbanek - sake. Alkohol głównie służył mi głównie do przemywania ran, ale czasami przemywałem nim swoje myśli. Teraz, spróbowałem zagrać kartą.
- Jak przypuszczam, nasze drogi się rozejdą. Smutna to chwila, dlatego wypadałoby ją czymś uczcić - uniosłem dzbanek. - Czy napiłby się ze mną panie Kiba? Wypijemy ten dzbanek dobrej sake za udaną przyszłość. Mam nadzieję, że powiedzie się mnie w nowym zawodzie, a panu życzę długiego życia i samych korzyści. To jak, wypijemy ostatniego na pożegnanie?
Na moje oko facet nie wyglądał na takiego co rezygnuje z darmowego napitku. Ponadto rzuciłem mu wyzwanie, którego nie podjęcie się zepsuje jego reputację jako alkoholika... Znaczy się, pijaka. Ale znowu, zadziałałem szybciej nim zdążyłby zaprotestować. Odkorkowałem dzbanek i delikatnie pocałowałem koniuszek szyjki, z której wlałem sobie do gardła parę łyków. Potrzebowałem tego. Alkohol był najstarszym lekarstwem. Lekarstwo, które leczyło duszę. Oczywiście nadmiar leku bywał szkodliwy, ale tak jest ze wszystkim. Po wszystkim kaszlnąłem parę razy i przekazałem Kibie dzbanek. Przyjął go bez zawachania i przechylił się razem z dzbankiem. To co upiłem było zaledwie cząstką (na oko 1/6) całej zawartości, a naczynie mieściło w sobie więcej niż litr. Wiedziałem, że za parę minut zacznę się chwiać. Ale tyle ile wypił Kiba, nie wydaje mi się, że przeżyłby to normalny człowiek. Alkoholik miał duże szanse, aby wyjść z tego cało. Zresztą połknął wszystko bez większego problemu, a dzbanek cisnął gdzieś na bok.
- Aaaaaah... To było dobre...
Usłyszałem jego słabnący głos. Poprosił, aby dwoje z ochroniarzy przytrzymało go z boku, a on w tym czasie wziął parę oddechów. Czego nie wziąłem pod uwagę, to przyswajalności alkoholu takiego człowieka. Potrafił nagromadzić go w sobie więcej od innych, ale też o wiele szybciej. Po chwili głos Kiby stał się bełkotliwy. Jego wzrok nie skupiał się obecnie na niczym, więc odchrząknąłem, aby sobie o mnie przypomniał.
- Yaghhokoro. Zajebie cie sukinsynu. Nie waz sie nikim niczego mowic. Nie waz sie... albo cie zajebie. Nie waassszz... Wypierdzialaj stoad.
Wzruszyłem ramionami, po czym omiotłem wzrokiem okolice. Żywy akwedukt przestał przelewać wodę jakiś czas temu i przyglądał się całej scenie z wyrazem niedowierzania na twarzy. Zerknąwszy na twarzę strażników sugerowali mi szybkie odejście. Kiba natomiast patrzył na mnie niewyraźnie.
- Dobrze, dobrze. Już idę. Dobrej nocy panie Kiba.
Ukłoniłem się nisko, po czym odwróciłem się na pięcie i poszedłem przed siebie. Odchodząc słyszałem za sobą pijackie wyzwiska Kiby. Przypuszczalnie opieprzał swoich podwładnych, aby zanieśli go łóżka nim się zrzyga. Nie obchodziło mnie to. A kiedy dojdę do końca uliczki i skręcę, już nic nie będzie mnie obchodzić. Uciekając w noc miałem nadzieję, iż Kiba nie puścił nikogo w pogoń za mną. Kolejny zakręt. Nie chciałem, aby ktoś deptał mi po piętach. Nie chciałem tego problemu wciągać w swoje nowe życie. Tak. Miałem nadzieję, iż z popiołów starego życia odrodzę się na nowo.
- Krąg się zamknął.
Powiedziałem na głos. Po jakimś czasie biegu zmęczyłem się i zatrzymałem. Wtedy poczułem, że kręci mi się w głowie. Po tym poczułem nieprzyjemne skurcze żołądka i uczucie, jakbym połknął szczura, który starał się uciec poprzez gardło. Po zwymiotowaniu, świadomość zawiodła mnie na całej linii. Nie wiedziałem co się dzieje i nie wiedziałem dokąd idę.



Obudził mnie niewyraźny bulgot wypływający z odległych granic mojej świadomości. Czułem się tak, jakbym trzymał głowę pod wodą, a ktoś próbował rozmawiać przez słomkę. Nie wiedziałem gdzie jestem. Nie wiedziałem co robię. Szczerze, nie wiedziałem nawet o czym myślę. Trwało to chwilę, to całe dryfowanie po nicości umysłu. Nagle odległe mamrotanie zaczęło nabierać kształtu, którego ostateczna forma brzmiała: "Chyba się poruszył". Nadal nie rozumiałem. Powoli odzyskiwałem kontrolę nad swoim umysłem, a po nim ruszyło się ciało. Otworzyłem usta nabierając powietrza i od razu tego pożałowałem. W życiu nie miałem takiego kapcia w gębie. Próbowałem podnieść powieki. Ku mojemu zadowoleniu w miejscu gdzie leżałem było ciemno. Mimo to skrzywiłem się. Wszystko mnie bolało, a przede wszystkim głowa. Widziałem przed sobą dwie niewyraźne sylwetki. Pochylały się nade mną, a następne słowa, po pełnej oczekiwania ciszy, brzmiały następująco:
- Uichi. Uichi. Uichi.
Kim był Uichi? Ah, to ja. To znaczy, że obudziłem się u kogoś kogo znam. Zamknąłem oczy, po czym ponownie je otworzyłem. Tak. Wiedziałem gdzie jestem i poznałem osoby przed sobą. Mężczyzna, mniej więcej mojego wieku, o owalnej twarzy, która sama z siebie wywoływała pogodny uśmiech. Togu przyglądał mi się przez okrągłe okulary, które nadawały jego wąskim oczom wygląd kreta próbującego widzieć. Uśmiechnąłem się, a przynajmniej starałem się do tego zmusić wyschnięte wargi. Z drugiej strony widziałem twarz młodej kobiety. Hmmm... Jego żona. Miał upodobanie do kobiet, za którymi nikt inny się nie ogląda. Reiko? Chyba tak.
- Uichi, trzymasz się?
- Heee... Wody...
- Reiko, proszę...
Ale Togu nie musiał tego mówić, bo kobieta dawno wstała. Usłyszałem jak wyszła z pokoju, a następnie skupiłem się na koledze. Uśmiechał się, choć rzadko go widziałem bez uśmiechu. Niestety, to była ta chwila. Jego twarz wykrzywiła się powadze.
- Słyszałem co się stało w Sześćdziesiątej Dzielnicy. Wie o tym całe Zachodnie Rukongai. Nawet tutaj, w Szóstej.
Zawędrowałem, aż tak daleko? Czy to w ogóle możliwe? Lecz zanim zapytałem kiedy tutaj trafiłem i jak długo leżałem, kowal mówił dalej.
- Dwa dni po spaleniu Twojej kliniki Kiba zmarł. Po jego śmierci doszło do zamieszek, które utrzymyją się po dziś dzień. - Otworzyłem usta, a Togu kontynuował. - Mówi się, że został otruty i umierał w męczarniach. Wszelkie podejrzenia spadają na Ciebie. Mówi się, że sam spaliłeś lecznicę, aby usunąć dowody. Ale tak mówią ludzie. No nic. Odpocznij sobie. Kiedy się tutaj znalazłeś byłeś bardzo osłabiony.
Powiedział wstając. Dołączył do żony w innej części budynku, a ja miałem czas do namysłu. Widziałem wiele przypadków alkoholizmu, choć żywot większości kończył się na ostrzu noża. Jednak w życiu nie widziałem takiego przypadku, który doszedł do tego stadium, iż organizm zaczął trawić sam siebie. Zaserwowana przeze mnie dawka alkoholu stanowiła ostatni gwóźdź do trumny. Padł na marskość wątroby. Możliwe, że towarzyszyło temu jeszcze silne zapalenie trzustki. Tak właściwie niewiele mu z życia pozostało, a śmierć była nieunikniona. Jak nie w dwa dni (do których się przyczyniłem), to jeszcze w tygodniu, albo w miesiącu. Co do zatrucia mieli rację. Zabiłem go jego własną trucizną, którą przyjął z radością. No nic. Taki jest koniec silnych, lecz głupich.
Postanowiłem usiąść, a to wywołało jedynie mdłości. Zatrząsłem się z zimna, aby zauważyć, iż jestem nagi. Może jednak powinienem zostać pod kołdrą. Wtedy państwo Kanatako przynieśli mi jedzenie. Przyjąłem je ze słabym uśmiechem, ale podziękowałem skinieniem głowy. Kiedy skończyłem jeść poczułem, że odzyskuję siły. Odebrali ode mnie puste naczynia, lecz zamiast jest odstawić usiedli obok. Jedno i drugie spoglądało na mnie z wyraźną troską.
- Wiesz Uichi, trudno nam to mówić, lecz nie będziesz mógł tutaj zostać - powiedział Togu.
- Rozumiem to - odparłem patrząc na nich spokojnie. - I tak dziękuję za to co dla mnie zrobiliście.
- Ależ nie, my też dziękujemy za to co dla nas zrobiłeś - wtrąciła się Reiko.
- Jesteś przyjacielem naszej rodzini Uichi. Pomogłeś nam kiedy byliśmy w potrzebie i jesteśmy Tobie za to dozgodnie wdzięczni. Niestety nie możemy Cię tutaj przechować z racji na dobro naszej rodziny oraz... - para spojrzała na siebie nieśmiało. - Ja i Reiko będziemy się spodziewać dziecka.
Przyglądałem się temu z dziwnym uśmiechem, jakby zamiast oblać mnie kubłem zimnej wody spadł mi na głowę worek wymiocin. Okej. Rozumiałem to...
- Gratuluję - rzekłem bez cienia radości przerywając przedłużającą się ciszę. - Możecie powiedzieć ile dni minęło kiedy tak zniknąłem, a później leżałem tutaj?
- To było... Minęło sześć dni. Przyszedłeś tutaj po czterech dniach, spałeś dwa.
Próbowałem sobie wyobrazić co robiłem przez te cztery dni. Może pomyliłem substancje?
- Kiedy przyszedłeś byłeś brudny. Miałeś na sobie liczne zadrapania, twoje ubranie przetarło się w paru miejscach. Oczywiście, wszystkim się zajęliśmy. Ubranie zaraz dostaniesz.
Togu skinął na Reiko. Wychodząc znowu zostawiła nas samych.
- Mówiłem Ci, że nie powinieneś tam zamieszkać. Mogłeś zostać tutaj, przy nas. Albo w swoim domu w Północnym Rukongai.
- To było coś, co musiałem zrobić Togu. Ludzie potrzebowali mojej pomocy w tamtm regionie i...
- ...przyniosłeś im tylko ból i cierpienie - dokończył.
Zmarszczyłem brwi.
- Niezupełnie tak było. Prawda jest zupełnie inna, ale nie będę Ciebie do tego przekonywał. Jeżeli chcecie żyć i umierać po swojemu, proszę bardzo. Nie zapominaj kto ci naprawił rękę, Togu.
Urwałem rozmowę na dobre. Wstałem i nie przejmując się swoją nagością stanąłęm pod ścianą, tuż przy przejściu do następnego pomieszczenia.
- Nie zamierzam już nikomu pomagać. Porzucam swój zawód i zajmę się czymś innym. Może jako grabarz przyklepię glebę, od której chciałem was uchować.
Kowal odwrócił się za mną, a jego twarz przecinał ból i smutek. Może chciał mnie przeprosić. Może chciał mi coś powiedzieć. Nie wiem. Nagle poczułem, iż mam całkiem sporo do powiedzenia. Przypomniałem sobie o czymś co wydarzyło się tamtej nocy.
- Krąg się zamknął - powiedziałem po chwili ciszy. - To oznacza, że minęło sześć dni od czasu, gdy umarłem i trafiłem do Soul Society. Nie... Chciałem powiedzieć, iż przeminęła właśnie równowartość mojego czasu życia na Ziemi oraz dodatkowe sześć dni od chwili moich narodzin w tym miejscu.
Kanatako Togu podniósł się z podłogi i patrzył teraz na mnie z taką troską jaką okazuje się psychicznie choremu członkowi rodziny. Nie rozumiał tego, bo sam tego nie rozumiałem wcześniej. Nie wiedziałem czym były wizje oraz zlepki wspomnień nie będące moimi własnymi. Wtenczas tego po prostu nie rozumiałem. Robiłem to co uważałem za słuszne. Nie zastanwiałem się nad tym. Robiłem to, bo tak miało być. Czułem, że tak miało być. Można powiedzieć, że wyszedłem już z tego stanu amnezji, a wspomnienia ostatnich dwóch żyć zalały mój umysł wspólnym potokiem, który złączył się w jedno. Kiedy wszystkie fakty z Ziemi i stąd się ze sobą pokryły, poczułem na swoimi ramieniu czyjąś dłoń. To był Togu i musiał spojrzeć w dół, aby go widzieć. Był ode mnie niższy o głowę.
- Uichi, może powinieneś jeszcze odpocząć?
- Nie - odpowiedziałem stanowczo. - Muszę się dostać do Seiretei.
Mężczyzna wyglądał na zaskoczonego.
- Co? Teraz? Jak? Dlaczego?
Zdjąłem jego dłoń ze swojego ramienia.
- Zrozum, że w Rukongai nikt nie chce mnie widzieć, więc nawet jeśli, nie miałbym dokąd pójść. Chyba rzeczywiście zostanę grabarzem. Poza tym... Czy parę chwil temu nie powiedziałeś mi bym sobie poszedł?
Togu nie wiedział co powiedzieć. O ile dobrze pamiętałem, jego marzeniem było zostać kowalem, który będzie się zajmowałem wykuwaniem "Zabójcy Dusz". Chyba mu zaimponowałem.
- Tak, ale... Odwiedzaj nas czasem, dobrze?
Teraz to tak? A wypchaj się. Wszystkiego najlepszego z okazji zostanie rodzicem i w ogóle, ale już się dość napatrzyłem na wasze nieszczere twarze.
- Nie chcecie mnie tutaj, to nie będę się narzucał. To będzie nasze ostatnie spotkanie. Miej nadzieję, że już nie wrócę do Rukongai, bo po tym co tutaj przeżyłem... Po prostu daj mi ubrania, dobra?
Dalsza część rozmowy nie przebiegła spokojnie, ale nie obchodziło mnie to. Wiedziałem co miałem zrobić. Co musiałem zrobić. A moim zadaniem było odnalezienie Shinigami, który spieprzył mój "pochówek duszy" i musiałem zaczynać wszystko od nowa. Nie powiem, że było źle, ale mógł mi oszczędzić bólu drugich narodzin. Zresztą... Gdybym został Shinigami, to czy nie zostałbym "bogiem śmierci"? Wspaniale. Tylko na co jeszcze czekam?



Ubrałem się na ulicy, bo ani Togu, ani Reiko nie chcieli mnie już widzieć. Przechodnie nie mieli czego oglądać, bo też ich nie było. W końcu była noc, a żeby dostać się do Akademii Shinigami potrzebuję paru godzin drogi. W tym czasie próbowałem ułożyć sobie w myślach na czym stoję i czym mogę zaimponować potencjalnej komisji.
Witam, nazywam się Yagokoro Uichi, urodzony w Trzynastej Dzielnicy Północnego Rukongai. Miło mi was poznać. W życiu zajmowałem się medycyną, która została mi przekazana przez świętej pamięci nauczyciela... Jestem pojętny oraz mam chłonny umysł. Potrafię nauczyć się wielu rzeczy w dość krótkim czasie. Moimi jedynymi ograniczeniami są czas oraz własne ciało. W swoim życiu poznałem parę zaklęć, które głównie pomagały mi w pracy, rzadziej w samoobronie. W wolnym czasie praktykowałem Taijiquan oraz chciałem strzelać z łuku.
A także jestem okrytym złą sławą lekarzem i byłoby dziwne, gdybyście o mnie nigdy nie słyszeli. Postanowiłem zająć się czymś, co wychodzi mi dużo lepiej w życiu - decydowaniu o życiu i śmierci.



Pieniądze: 500 Ryo.

STATYSTYKI
Atrybuty:
Siła: 5+2=7
Szybkość: 5+2=7
Zręczność: 5+2=7
Wytrzymałość: 5
Inteligencja: 5+10=15
Psychika: 5+2=7
Reiatsu: 5+1=6
Kontrola Reiatsu: 5

OGÓLNE

Udźwig: 60 kg
Prędkość (śr.): 7 [km/h]
Prędkość (max.): 24 [km/h]
PŻ (Punkty Życia): 50
PR (Punkty Reiatsu): 30

Techniki
Magia:
Poznane Hadou:
#1 - Shou (Pchnięcie)
Inkantacja: Zaklęcie destrukcyjne numer jeden - Pchnięcie!
Opis: Najprostsze zaklęcie ofensywne. Kumuluje małą ilość reiatsu i strzelą nią w daną osobę. Zaklęcie te odpycha osobę, a nie zabija.
#3 - Housenka Houka (Ogień)
Inkantacja: Zaklęcie destrukcyjne numer trzy - ogień!
Opis: Bardzo proste zaklęcie polegające na stworzeniu ognia w ręce.
#9 - Genkotsu (Łapka Cienia)
Inkantacja: Łapo wynurzająca sie z czeluści ziemi, złap go! - zaklęcie destrukcyjne numer dziewięć - Złap!
Opis: Zaklęcie twarzy dwie cieniste łapy, które wyrastają obok przeciwnika i uniemożliwiają jego ruchy poprzez złapanie jego cienia.
#16 - Semai Jishin (Niszczące Uderzenie Ziemi)
Inkantacja: Stalowe koło! Rusz się, będziesz ziemią! Powstań, a będziesz mocą! Zaklęcie destrukcyjne numer szesnaście - Niszczące Uderzenie Ziemi!
Opis: Swoim uderzeniem w ziemię pod nim użytkownik wywołuję małe trzęsienie ziemi, które może przewrócić przeciwnika.

Poznane Bakudou:
#1 - Sai (Blokada)
Inkantacja: Zaklęcie wiążące numer jeden - blokada!
Opis: Najłatwiejsze i najprostsze ze wszystkich zaklęć wiążących. Wiąże danej osobie ręce za plecami i unieruchamia. Silna osoba niestety potrafi przerwać tą blokadę.

Umiejętności:
Medycyna
Opis: Znasz zasady pierwszej pomocy, umiesz rozpoznać podstawowe schorzenia, choroby, a także zweryfikować rodzaj złamania itp.
Premie: Znajomość podstawowych technik medycznych (udzielanie pomocy). Apteczka.
Wymagania: Inteligencja: 10.
Podstawowy samoobrony
Opis: Znasz zasady samoobrony i umiesz się bić. Znasz też kilka chwytów.
Premie: Ulepszona walka wręcz, znasz parę chwytów i umiesz się bić.
Wymagania: Siła: 7, Szybkość: 7, Zręczność: 7.
Pojętność
Opis: Łapiesz wszystko szybciej niż inni. Jesteś kumaty.
Premie: Łatwość w nauce hadou oraz bakudou i nie tylko.
Wymagania: Inteligencja: 14, wrodzone.
Widzenie w ciemności
Opis: Postać dysponuje zdolnością wyraźnego widzenia przy oświetleniu porównywalnym ze światłem gwiazd. Zasięg wzroku w takich warunkach wynosi 30m. Ta umiejętność jest bezużyteczna w całkowitej ciemności.
Wymagania: Psychika i Zręczność: 7.
Znakomity Magik
Opis: Shinigami lepiej radzi sobie z rzucaniem zaklęć, niż inni.
Premie: Łatwość w opanowaniu zaklęć, szybsze opanowywanie zaklęć (ułatwienia MG).
Wymagania: Inteligencja: 14

Wady:
Niepopularny - 1 pkt
Opis: Przeciwieństwo szanowanego. Coś zrobiłeś, co bardzo zdenerwowało pewną osobę lub grupę osób. Może to być polityk, lokalna społeczność, miejscowy półświatek... W każdym razie oni oraz ich przyjaciele na pewno nie będą chcieli ci pomóc, z pewnością będą szukać okazji, aby ci zaszkodzić. Ogółem - całe twoje środowisko jest przeciwko tobie, masz złą opinię. Duża część ludzi patrzy się na Ciebie krzywo, a nawet z pozoru obojętny sklepikarz może nie chcieć nic Ci sprzedać ani wpuścić Cię do swojego lokalu.
Wymagania: Odpowiednia historia postaci.
Premie: Utrudnienia MG.


Ostatnio zmieniony przez Deviol dnia Nie 28 Lip 2013 - 10:14, w całości zmieniany 1 raz
Powrót do góry Go down
Watanabe no Tsuna





Mistrz Gry : Fairy

Karta Postaci
Punkty Życia:
4096/4096  (4096/4096)
Punkty Reiatsu:
83037/262144  (83037/262144)

PisanieTemat: Re: Yagokoro Uichi [Shinigami]   Sro 14 Mar 2012 - 12:11


///Smutna taka ta historia.Osobiscie preferuje inne, ale nie o gust tu chodzi. +
Pozdrawiam,
Tsuna
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Kamys





Oddział : Dywizjon 11
Mistrz Gry : Izdurbal

Karta Postaci
Punkty Życia:
102/290  (102/290)
Punkty Reiatsu:
41/156  (41/156)

PisanieTemat: Re: Yagokoro Uichi [Shinigami]   Sro 14 Mar 2012 - 12:58

Wczoraj sobie luknęłam ale już nie miałam siły pisać... jedno co mi nie pasuje to mała ilość psychiki jak na kolesia który ma nerwy ze stali. No ale lepiej tak niż nabijać sobie ptk za wady... Karta jest dobra wiec przymknę oko.

Wątpię żeby ktoś chciał cie jakoś specjalnie uwalić. Na wszelki wypadek jednak z pełnym akceptem poczekamy do wieczora.



***
kamys01
kamys02
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Gość
Gość



PisanieTemat: Re: Yagokoro Uichi [Shinigami]   Sro 14 Mar 2012 - 16:23

"Nerwy ze stali" mogą rzeczywiście źle brzmieć, ale nawiązałem tym do osobowości urodzonej w chińskim roku, gdzie żywiołem był metal. Postać jest spokojna, a po historii widać, że ten spokój... Hmmm... Można powiedzieć, że spokój jest przyczyną tego, iż postaci na wielu rzeczy nie zależy.
"Spaliliście mi dom. No okej. Prawdziwy problem się zacznie, gdy będziecie potrzebowali szycia."
"Chcesz mi zrobić krzywdę? Okej. Siebie pozszywam, ale co z tobą?"
Itp.

Mógłbym to zastąpić brakiem nadmiernego stresu, albo zmniejszoną reakcją na bodźce emocjonalne, czyli... apatia.
Powrót do góry Go down
Sponsored content




PisanieTemat: Re: Yagokoro Uichi [Shinigami]   Today at 7:52

Powrót do góry Go down
 
Yagokoro Uichi [Shinigami]
Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Powrót do góry 
Strona 1 z 1

Permissions in this forum:Nie możesz odpowiadać w tematach
 :: Strefa Gracza :: Gracze :: Zaakceptowane-
Skocz do:  
Free forum | © phpBB | Free forum support | Kontakt z | Report an abuse | Create a blog