IndeksFAQSzukajUżytkownicyGrupyRejestracjaZaloguj
Nabór na stanowiska Mistrzów Gry! Rekrutacja na GG: 3594960!
Pomoc dla nowych graczy

Lista aktywnych Mistrzów Gry:
Izdurbal Tenshi - 3/4 | Imperator Kuchiki - 6/3
Kovacs - 0/3 Ekkusu - 3/3
Watanabe no Tsuna - 4/4
Rose Nevermore - 3/5
Haruaki Kuchiki - 1/2
Yuzuru Tanaka - 0/1


Share | 
 

 Jose Delgado

Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Go down 

Ocena
 - Pozytywna
 - Negatywna
 - Neutralna
Zobacz Wyniki
AutorWiadomość
CZaras



avatar

Oddział : Dywizjon 5
Mistrz Gry : Don Imperatore

Karta Postaci
Punkty Życia:
140/140  (140/140)
Punkty Reiatsu:
408/408  (408/408)

PisanieTemat: Jose Delgado   Czw 16 Sie 2012 - 18:22

Imię: Jose
Nazwisko: Delgado
Profesja: Shinigami
Płeć: Mężczyzna
Wiek: 20
Waga: 80 kg
Wzrost: 188 cm
Wygląd:
Jose jest dość wysokim (prawie 190 cm), latynoskim mężczyzną. Jak przystało na jego rasę kolor jego skóry ma jasny odcień brązu. Co do budowy Jose to jest ona czymś między muskularnym, a chuderlawym. Po prostu lekko wysportowana. Na jego prawym bicepsie znajduje się starannie wykonany tatuaż barwy czarnej. Przedstawia on zwiniętego węża z wysuniętą głową, otwartą paszczą, z której wychodzi ostrze naginaty. Na ciele Jose znajduje się kilka nie dużych blizn po starych niedużych ranach. Nie sprawiają one bólu ani problemu młodemu Delgado. Na czole przez cały czas ma zawiązaną, złożoną chustę barwy czarnej. Ma ostre rysy twarzy, a jego szczęka jest kwadratowa Nosi czarne lekko falujące włosy długości 7 centymetrów. Na brodzie widać u niego zawsze lekki zarost. Gdy jest w akademii ubiera się w tradycyjne kimono studenta w męskiej kolorystyce. Na nogach nosi ku chwale Polskiej mody skarpetki a na to typowe sandały z tamtego świata. Przy takim ubiorze zazwyczaj ma przy sobie swój bokken oraz książki w zależności od lekcji jakie posiada w dany dzień. Gdy jest prywatnie to już sprawa wygląda bardziej oryginalnie. W takim przypadku nosi biały bezrękawnik z czarnym paskiem (szerokość jakieś 8 centymetrów) na prawym boku. Na nogach nosi czarne dość szerokie jeansy związane skórzanym pasem tej samej barwy co spodnie. Stopy zaś chronią mu najzwyklejsze, solidnie zrobione, wygodne adidasy. Po prywatnemu często nosi ze sobą swoją naginate, do której wielce się przywiązał.
Charakter:
Jose lubi dużo spać. Do tego musi to robić, więc można powiedzieć, że w pewien sposób łączy przyjemne z pożytecznym. Gdy Delgado jest śpiący, a ktoś mu nie pozwala zasnąć to jest marudny i po prostu wkurzający. Będzie zatruwał życie owej osobie, która mu nie pozwala spać, aż do czasu gdy ją złamie i wreszcie będzie mógł położyć się do łóżka, na ławce, na podłodze mu to nie robi większej różnicy. Jose gdy jest wypoczęty prezentuje się zupełnie inaczej. Jest dość wesołym gościem, który stara się w dość przyjemny sposób związać koniec z końcem. Lubi żartować, również z siebie, a szczególnie ze swojej słabej pamięci, która swoją drogą nieraz wprowadziła go w tarapaty. Nie cierpi gdy ktoś kto nie budzi w nim podziwu i szacunku stara się ustawić ponad nim. Kiedy jeszcze dany osobnik się wywyższa to Jose często sprawdza czy delikwent rzeczywiście jest od niego lepszy. Oczywiście robi to w walce. W pewnym sensie można nazwać młodego Delgado materialistą. Zapewnienie sobie dobrobytu jest, bowiem jednym z powodów, dla których chce zostać shinigami wyższej rangi.
Ekwipunek:
- elementy ubioru opisane w „wyglądzie”
- bokken
- książki potrzebne na lekcje w akademii shinigami
- przybory do pisania
- naginata
- pudełko zawierające 100 tabletek na pamięć przepisane na jedną dziennie
Historia:

Etap I “Żywy wśród żywych”

Rozdział I „Rodzina Delgado”

Tutaj w niewielkim, mało znaczącym miasteczku w zachodnim Meksyku zaczęła się dziwna opowieść chłopca imieniem Jose. Jego ojciec na imię miał Pedro i był wysoko postawionym członkiem organizacji przestępczej, na której czele stał Martin Alvarez. Nie był to, jednak facet od mordów, on odpowiadał za finanse i związane z nimi przekręty. Była to wielka odpowiedzialność oraz pokaz jak ufał mu Alvarez. Prawda jest taka, że Pedro był człowiekiem raczej delikatnym i nieskorym do przemocy. Nie lubił tego, ale albo jest się z Martinem albo przeciwko niemu. Ojciec Jose wybrał to pierwsze zbijając na tym grubą kasę. Był to nie duży Latynos o dość łagodnych rysach i twarzy, która sprawiała wrażenie, że Pedro był potulnym człowiekiem. Na początku historii miał 30 lat. Jego żoną była Juanita, która szczerze wierzyła w dobro swojego męża mimo pracy, którą wykonywał. Zanim ożeniła się z Pedrem była prostą dziewczyną, która słynęła ze swej łagodności i uprzejmości oraz niebywałej urody. W odróżnienia od męża była ona wysoka, a jej rysy były ostre. Również była latynoską. Miała pełne usta i spore czarne oczy oraz sporej wielkości biust. Mimo wielu różnic między partnerami poczynających od wieku (Juanita była 5 lat młodsza od Pedra), pracy i majętności ludzie Ci szybko połączyli się więzami uczuć, a potem więzami małżeńskimi. Kilka lat przed rozpoczęciem akcji przenieśli się oni z dużego miasta do malutkiego, by móc tam wybudować wille za uzbierane pieniądze z przekrętów ojca Jose w jakimś ustronnym miejscu i zaznać trochę ciszy i spokoju. W końcu po miesiącach starań pary Juanita zaszła w ciąże. Jako troskliwy mąż Pedro załatwił jej profesjonalną opiekę medyczną w domu. Uważał, że Meksyk przynosi stres, a tego jego żona musi mieć jak najmniej szczególnie w czasie ciąży. W końcu pewnego słonecznego dnia równo o 12.00, Juanita w wieku 25 lat urodziła dziecko. Był to zdrowy, chłopczyk. Przygotowani na taki przebieg zdarzeń rodzice nazwali go Jose. Jose Pedro Delgado.

Rozdział II “Dzieciak zwany Jose”

Rodzina Delgado była bogata stąd Jose mógł sobie pozwolić od pierwszych dni życia na różne luksusy. Dziecku, które ma kilka dni czy tygodni to pewnie nie robi, ale tak czy inaczej nowy członek rodziny musiał być ubrany w najlepsze pieluchy i leżeć w najlepszym kojcu. Ponadto miał własny pokój, a obok łóżka malucha zawsze leżał nie duży mikrofon połączony z głośniczkiem na nocnej szafie rodziców służący po to, by starsi Delgado wiedzieli kiedy młodszy płacze. Było jeszcze kilka mniej lub bardziej sensownych gadżetów na temat, których nie warto się rozwodzić. Rodzice zdecydowali, iż chcą by ich dziecko było w 100% wychowywane przez nich, więc żadnej niani nie zatrudnią. Nie było to zbyt dużym problemem z uwagi na fakt, iż Juanita i tak od czasu małżeństwa nie pracowała, więc z reguły bywała w domu. Zaczęły się nieprzespane noce i walka ze smrodem z pieluchy. Mimo to rodzice się nie poddawali i z wielką pasją spełniali obowiązki rodzicielskie. Jose śmiał się, biegał, rósł jak na drożdżach i sprawiał ogromną radość oraz satysfakcje swoim rodzicom. Czas mijał jak z bicza strzelił, a w życiu rodziny Delgado wszystko się układało. No może nie do końca wszystko. Gdy Jose miał 4 lata do ich domu przeprowadził się ojciec Pedra, Sergio. Dziadek był chory, jak wielu ludzi w tak podeszłym wieku jak on. Rodzice Jose przyjęli go do siebie i załatwili mu opiekę medyczną. Sergio nie był tak bogatym człowiekiem jak Pedro, a z uwagi iż był wdowcem nikt inny nie mógł się nim opiekować poza jedynym synem. Stary człowiek mimo choroby nie stracił pogody ducha. Był miłym, zabawnym facetem, którego Jose błyskawicznie polubił, a później pokochał. Kiedy rodzice nie mieli dla niego czasu Sergio zawsze go znalazł. Z uwagi na chorobę dziadek siedział niemal wyłącznie w swoim pokoju dlatego też bawienie się z wnukiem sprawiało, że jego życie było ciekawsze niż siedzenie w więzieniu. W tym czasie rodzice wykryli u Jose pewien problem. Mianowicie chodzi o to iż dziecko miało poważne problemy z pamięcią. Objawiało się to na przykład w zabawie w chowanego. Nie raz się tak stało, iż szukającym był Jose, a po 20 minutach rodzice znaleźli go u dziadka czy siedzącego przed telewizorem. Jak na przyzwoitych rodziców przystało szybko pojechali z synem do lekarza, by go zbadał. Ten zalecił mu tabletki i sytuacja zaczęła się z tygodnia na tydzień poprawiać. Fakt Jose nadal miał problemy z pamięcią, ale zostały one na tyle zminimalizowane, by dziecko mogło normalnie funkcjonować i pójść do szkoły. Minął trochę ponad rok i Sergio zmarł. Jose ciężko to przyjął gdyż nie na żarty kochał już starego mężczyzne. Ta noc była pierwszą z naprawdę dziwnych rzeczy w jego życiu. Dzieciak nie mógł zasnąć przez długi czas leżąc zalany łzami w swoim łóżku. Cicho szlochał nie chcąc zbudzić rodziców gdy nagle zobaczył przed sobą postać swojego dziadka. Gdy Jose na niego spojrzał staruszek się zdziwił co było niezrozumiałe dla dzieciaka. Co więcej dziadek do niego przemówił:
- Nie płacz wnuczku. – powiedział próbując głaskać go po włosach, jednak za nic Jose nie czuł jego dotyku.
- Ty żyjesz dziadku? – spytał z niedowierzaniem, ale i radością Jose. Sergio posmutniał i przecząco kiwając głową powiedział:
- Nie. I muszę stąd odejść. Kiedyś się spotkamy. Nie płacz proszę. – Wtem pojawił się obok niego drugi gość. Miał on na sobie czarne kimono przepasane białym szerokim pasem. Jego cera była blada, a włosy długi i czarne niczym noc. W ręku trzymał katane.
- Nie zabieraj dziadka! – krzyknął malec, ale był na tyle przerażony postacią nowoprzybyłego, że nie był w stanie ruszyć knykciem. Owy facet wyglądał na zdziwionego po krzyku dzieciaka. Po chwili Jose zemdlał, a shinigami zabrał Sergio do rukongai. Dzieciak na następny dzień opowiedział wszystko rodzicom Ci, jednak nie przejęli się tym zanadto uznając, że był to tylko zły sen. Była to pierwsza, lecz nie ostatnia dusza jaką spotkał w swoim życiu. W końcu Jose miał 6 lat i poszedł do szkoły. Wiązało się to z tym, iż znacznie częściej wychodził z domu, a co za tym idzie szansa na spotkanie kolejnych duchów (bo tak nazywał dusze młodzieniec) się zwiększyła. O swojej przygodzie owej dziwnej nocy opowiedział jeszcze kilku osobom, jednak żadna z nich mu nie uwierzyła. Nauczył się wtedy, iż nie warto mówić o „duchach” innym ludziom. W szkole zdecydowanie nie należał do prymusów. Był pracowity, ale jego pamięć zdecydowanie zmniejszała szybkość przyswajania wiedzy przez niego. Nie był najgorszy. Przeciętniak to najlepsze określenie. Mimo wszystko Jose miał głód wiedzy. Szybko zaciekawiły go dwa tematy: węże i broń biała. Oczywiście nie zostały one szczegółowo podane w szkole, więc do 10 roku życia chłopak wypożyczał książki, wypytywał nauczycieli, by poszerzyć swoją wiedzę na interesujące go tematy. Już wtedy bardziej ukierunkował swoje zainteresowania. Węże obchodziły go tylko te jadowite, im bardziej tym lepiej. Z broni białej najbardziej spodobała mu się naginata. Na dziesiąte urodziny wybłagał u ojca owe ostrze i prywatnego nauczyciela. Pedro nie był aż tak bogaty, by sprawić synowi idealnej, pozłacanej broni, nie mniej kupił mu całkiem niezłą naginate. Jakże wielkie było rozczarowanie Jose gdy okazało się, że ten nie jest w stanie swobodnie operować nową zabawką z powodu małej siły. Trener to przewidział i pierwsze 2 lata młody Delgado nie tknął nawet naginaty. Ćwiczyli razem fizycznie, kondycyjnie oraz z użyciem drewnianego kija. W ten sposób dzieciak uczył się siły i techniki nie musząc chwytać za broń. Co do zaś pierwszego zainteresowania to Jose nie mógł za bardzo się rozwijać poza teorią. W Meksyku nie było zbyt wiele jadowitych okazów węży, nie to co w Brazylii czy Australii. Oczywiście prosił rodziców o kupno nowego „zwierzaczka”, jednak Ci stanowczo zanegowali tę myśl. Oczywiście dzieciak nie ustąpił i udało mu się wynegocjować niedużego węża, o uciętych kłach jadowych zamkniętego cały czas w szklanej klatce. Nie urządzało to młodego Delgado, więc odpuścił. Targał rodziców często do zoo czy na wystawy węży, ale to nie to samo co zobaczyć takiego w swoim żywiole, atakującego z zaskoczenia z niebywałą prędkością.

Rozdział III „Dziwny Jose”

Młody Delgado zanim poszedł do szkoły nie spędzał w ogóle czasu z innymi dziećmi. Siedział z rodziną i tyle. Lubił to. Po tym jak poszedł do szkoły nie wiele się to zmieniło. To nie to, że Jose był nietowarzyski. Po prostu był dziwny. To jego dziwne zamiłowanie do węży i broni oraz niebywały popęd do poszerzania wiedzy w tych dziedzinach sprawiało, że Delgado dostały tytuł dziwaka. Ponadto był dzieckiem zamożnych ludzi w dość biednej wsi. Na koniec ludzie wiedzieli, że był synem członka mafii. Rodzice wszczepiali swoim dzieciom ostrożność w stosunkach z Jose. To trochę dziwne, ale Jose taki stosunek reszty dzieci do niego za bardzo nie przeszkadzał. Większość dnia spędzał w domu, a od przesadnego rozmyślania chronił go trening fizyczny. Ponadto nie za bardzo mógł rozpamiętywać ludzkie winy, w końcu miał kiepską pamięć. Trener uczył go do 15 roku życia. Oznacza to, że po dwóch latach treningu fizycznego oraz tego z badylem i 3 walki technicznej nauka się skończyła. Uznał on, iż Jose jest już niezły i teraz nauka przy prywatnym trenerze nie ma sensu. Teraz młody Delgado potrzebuje sparing partnerów i szlifowania swoich umiejętności ciągłymi pojedynkami. Rodzice znowu ulegli i zapisali go do Dojo, w którym była sekcja walki naginatą w najbliższym dużym mieście. Tam treningi wyglądały inaczej. Zamiast codziennie po 3 godziny Jose jeździł tam na całe weekendy i inne nie świąteczne przerwy w nauce. Wpierw przydzielono go do jego klasy wiekowej 15-18 lat. Szybko, jednak okazało się, że dzięki 5 letniemu treningowi jest w niej po prostu bezkonkurencyjny. Przeniesiono go do klasy 18+, w której okazał się przeciętniakiem. Spotykał za równo słabszych jak i silniejszych od siebie. Spędzanie czasu w sporym mieście sprawiło, że częściej natrafiał na „duchy”. Jednym z nich okazał się mężczyzna w dość młodym wieku, który wpadł pod samochód, akurat wtedy kiedy szedł oświadczyć się swojej dziewczynie i do teraz kombinuje jak to zrobić. Owy mężczyzna wytłumaczył mu, że mógłby stąd odejść, ale póki nie spełni swojego zadania to nie chce. Powiedział mu też, że owi goście w czarnych kimonach to shinigami, którzy odsyłają dusze do czegoś a’la nieba co nazwał „społecznością dusz”. Stwierdził też, że shinigami stacjonujący w tym mieście to w porządku facet gdyż pozwolił mu spróbować oświadczyć się owej dziewczynie. Jose dowiedział się również, że nie są duchami tylko duszami. Młody Delgado pomógł gościowi zanosząc list i pierścionek owej kobiecie. Ta widząc pismo swojego chłopaka oraz słysząc rzeczy, które kazała dusza przekazać dziewczynie uwierzyła, że Jose mówi prawdę. Przyjęła oświadczyny zakładając pierścionek i przyrzekając, że za nikogo innego nie wyjdzie. Czy złamała czy nie swoją przysięgę nie wiadomo, lecz pewnym jest, iż facet wdzięczny młodemu Delgado odszedł do Społeczności Dusz spokojny. Rzadko kiedy Jose nawiązywał kontakty z duchami, a żeby wykonywał dla nich jakieś zadania to był pojedynczy przypadek. Jose spotykał stosunkowo rzadko dusze stąd jego życie mimo wszystko było całkiem normalne. Jako, że główną rzeczą jaka mu brakowała było doświadczenie oraz wzrost, a to zdobywał z czasem to dość systematycznie piął się w górę swojego Dojo. Szybko stawał się lepszym wojownikiem i jego Sensei o tym wiedział. Szybko wysłał go na Mistrzostwa Meksyku w dziedzinie walki Naginatą, które wygrał będąc przyzwyczajony do przeciwników z wyższej klasy wiekowej. Do tego, jednak musiał poczekać. Nie ma co, jednak się dużo chwalić z uwagi na to, iż tego typu dziedziny sportu w Meksyku nie były popularne, a co za tym idzie konkurencja nie była ani liczna ani silna. Jose ciężko trenował, a co za tym idzie nieco opuścił się w nauce. Rodzice, jednak zaakceptowali to widząc jak ich syn daleko zaszedł pozwolili mu iść dalej. Gdy młody Delgado miał 18 lat jedyną osobą, która jako tako mogła z nim konkurować w Dojo był sam Sensei. Młodzian pojechał na wielkie mistrzostwa w Mexico City. Był tam najmłodszym zawodnikiem w dorosłej klasie i zajął po ciężkich bataliach 3 miejsce. Brąz go nie usatysfakcjonował. Miał większa ambicje. Mimo to jako nagrodę zrobił sobie tatuaż, który po prostu mu się podobał (niestety rodzicom już nie). W przyszłym roku zamierzał zwyciężyć, a później wyruszyć na podbój Japonii, która była najbardziej rozwiniętym krajem jeśli chodzi o jego dziedzinę sportu. W tej chwili jedynie mógł sobie pozwolić na kontynuowanie treningu w USA. Tego, jednak dzieciak nie chciał, bowiem jako Meksykanin szczerze nienawidził Stanów Zjednoczonych. Jego plany zostały niestety przekreślone.

Rozdział IV „Tragedia rodu Delgado”

Jak wspominałem ojciec Jose, Pedro był bankierem mafii Matrina Alvareza. Właśnie ten ostatni człowiek stał się przekleństwem rodziny. W pewnym dniu, bowiem z konta potężnego mafiozy nagle zniknęła potężna suma pieniędzy. Alvarez z reguły człowiek bezgranicznie ufający swoim ludziom tym razem oszalał. Był materialistą, a taka strata pieniędzy wprawiała takich jak on w gorączkę. Odebrany od zmysłów posądził o to swojego zaufanego bankiera – Pedro Delgado. Wszystko zaczęło się od telefonu. Tłumiąc wściekłość Martin poprosił Pedro by oddał mu pieniądze to nic mu nie zrobi. Zdziwiony Delgado powiedział, że nie posiada jego pieniędzy. Alvarez wybuchł zaczął grozić Pedro mówiąc, że go zabije i jego całą rodzinę. Przeklinał i darł się jak mógł. Delgado bronił się pojednawczym tonem mówiąc, by jego szef się uspokoił i żeby o tym jutro porozmawiali na spokojnie. Po pół godziny mafioza dał się przekonać. Na następny dzień Pedro pojechał do villi Martina święcie przekonany, że go udobruchał zostawił Juanite i Jose samego. To był błąd. Do południa wszystko było spokojnie. Jose postanowił właśnie iść poćwiczyć naginatą gdy nagle usłyszał ryk pistoletu rozrywający zamek i trzaśnięcie drzwiami frontowymi. Bez dłuższego przemyślenia chwycił broń i wskoczył do garderoby. Był to spory pokój wypełniony ubraniami za wielkimi, drewnianymi, rozsuwanymi drzwiami. Dwóch napastników z kominiarkami na głowach i Coltami w rękach wskoczyli do pokoju i wrzucili Juanite do środka. Wszyscy stali blisko drzwi od garderoby, które Jose lekko odsunął, by widzieć co się dzieje. Napastnicy byli do niego plecami. Wywiązał się między nimi dialog.
- Zabijemy ją od razu czy…?
- hmm ładniutka.
- Zabawimy się co? – spytał jeden dotykając matki policzek. Jose ogarnął gniew, lecz w tej chwili nie mógł działać. Znał ten dom jak własną kieszeń i wiedział, że gdy drzwi popchnie się mocniej to wylatują z zawiasów. Do tego były one baaaardzo ciężkie. Młody Delgado musiał czekać aż matka wyjdzie z poza zasięgu drzwi. Juanita ugryzła potężnie w nadgarstek trzymającego ją faceta. Ten zawył z bólu i drugą ręką potężnie uderzył ją w brzuch tak, że ta puściła, potem uderzył w twarz tak, że ta podleciała, aż pod ścianę. Na to Jose czekał. Chwycił mocniej naginate, wykonał potężny zamach i silnym kopnięciem niczym Leonidas w filmie p.t. „Trzystu” kopnął w drzwi. Te momentalnie wyszły z zawiasów i opadły. Jeden z napastników zdołał wykonać dwa szybkie kroki w tył co go uratowało zaś drugi został przygnieciony przez ciężkie drewno. Jose był na to gotowy i od razu wyprowadził pchnięcie naginatą, którym przedziurawił szyje na wylot drugiego napastnika. Chłopakowi udało się zaskoczyć obu rywali, jednak na tym skończył się jego fart. Napastnik trafiony naginatą po upadnięciu drzwi zdążył jeszcze wystrzelić dwa pociski, które nieszczęśliwie trafiły Jose w prawe udo i brzuch. Ponadto nagle do pokoju wbił trzeci napastnik, którego młody Delgado się kompletnie nie spodziewał. Ostatnią rzeczą jaką usłyszał chłopak był ryk karabinu automatycznego, którego pierwszą serią zabójca podziurawił Jose, a później Juanite. Pedro zaś pojechał na spotkanie z Martinem. Ten wydawał się spokojny, razem zastanawiali się kto ich obrabował, dumali jak to zrobił itp. Delgado nie zdawał sobie sprawy, że Alvarez specjalnie go tu zaciągnął, by spokojnie wybić mu rodzinę. Siedział do późnego wieczora, by pojechać pewien, że oczyścił swoje nazwisko. Gdy wrócił do domu nie był w stanie uwierzyć własnym oczom. Jego rodzina wymordowana, dom od krwi, a na ścianie nabazgrane również ludzkim osoczem „Oddawaj pieniądze, bo będziesz następny”. Pedro nie wytrzymał, poszedł po ukryty pistolet i zastrzelił się koło zwłok swojej rodziny nie wiedząc nawet, że widzi to jego syn.

Etap II „Nieżywy wśród żywych”

Rozdział I „Dochodzenie”

Pedro obudził się kilka godzin po swojej śmierci. W pokoju, w którym nadal leżały zwłoki jego i matki. Pojawił się dodatkowo napis z krwi „Oddawaj pieniądze, bo będziesz następny”. Teraz młodzian zaczął powoli wszystko rozumieć. Ci goście przyszli od Martina Alvareza, by nas zabić i zastraszyć ojca. Jose spojrzał na sale. Napastnicy musieli być amatorami, bo nawet nie posprzątali krwi swoich towarzyszy. W kącie pokoju zobaczył zmasakrowane kulami ciało swojej matki. Zapłakał, ale po chwili skończył gdyż usłyszał, że ktoś wszedł do domu. Po chwili do pokoju wszedł ojciec, wytrzeszczył oczy i zawył z bólu. Jose krzyknął do niego i zaczął opowiadać co się stało. Pedro nawet na niego nie spojrzał. Wyszedł z pokoju chwycił za telefon, zadzwonił na policję, po czym zaczął czegoś gorączkowo szukać. Po chwili wrócił do pokoju z pistoletem w ręce. Włożył sobie lufę do ust i nacisnął spust. Nie słuchał krzyku swojego syna, by odłożył broń. Nawet na niego nie spojrzał.
- NIEEEEE! – krzyknął w chwili wystrzału Jose i zaczął ryczeć jak dziecko. Czemu ojciec na niego nie patrzył ani go nie słuchał? Dopiero teraz dzieciak zdał sobie sprawę, że na podłodze leżą również jego zwłoki poszarpane przez kule wystrzelone z karabinu. Zaczął domyślać się, że jest teraz jedną z tych istot, które on widział, a inni nie. Niedługo pewnie przyjdzie jeden z tych gości w czarnym kimono i będzie chciał go odesłać. Jose miał mało czasu. Zanim odejdzie musiał upewnić się, że policja złapie napastników. Wybiegł, więc z domu i pobiegł najpierw na wieś. Postanowił, że będzie czytał gazety aż na pierwszej stronie zobaczy, że złapano mordercę. Minęło kilka godzin i zapadł zmrok. Jose szybko zrozumiał, że już nie musi, by żyć jeść czy pić, ale nadal sprawiało mu to przyjemność. Już następnego ranka zobaczył w wydaniu gazety długi artykuł o morderstwie na rodzinie Delgado opisane dość dokładnie. Okazało się, że krew tych dwóch, których zranił lub zabił Jose nie została posprzątana, a ostatni zostawił ślady palców. Najwidoczniej użytkownik karabinu spanikował widząc, że jego towarzysze poważnie oberwali z czego jeden pewnie zmarł na miejscu, zabrał zwłoki i uciekł przed zatarciem śladów. Dwóch, których krew znaleziono już zidentyfikowano, trzeciego sprawdzają odciski palców. Były to wielce radosne informacje dla chłopaka stąd resztę dnia przespał wygodnie kładąc się w sianie. Kiedy się obudził stał przed nim ten sam gość w czarnym kimono, który zabrał dziadka. Jose słabo go pamiętał, ale akurat tamta noc wyryła mu się na tyle w pamięci, że kojarzył.
- O kurde już mnie znalazłeś. – westchnął patrząc na uzbrojonego faceta. Ten spojrzał na niego z niedowierzaniem i spytał:
- Że co? – Jose uśmiechnął się i odpowiedział:
- Nie chce, żebyś mnie odesłał… jeszcze. Dlatego ukrywałem się przed Tobą. – tu Shinigami się jeszcze bardziej zdziwił:
- Zaraz, zaraz, ale skąd wiesz, że my Shinigami jesteśmy po to, by odsyłać dusze do Społeczności Dusz?
- Kiedy jeszcze żyłem jedna dusza mi powiedziała. A tak swoją drogą to… Shinigami. Ciekawa nazwa.
- Widziałeś dusze?
- Owszem.
- Hmm… to się zdarza. Mamy, jednak konflikt interesów, ja muszę Cię odesłać, a Ty nie chcesz.
- Jeszcze nie chce.
- A kiedy?
- Wtedy kiedy przyskrzynią zabójców moich i mojej rodziny.
- Rozumiem. Daje Ci tydzień, ale uważaj na Hollow.
- Dziękuje… Czekaj! Co to są te Hollow? – Shinigami go nie posłuchał i nie poczekał. Zniknął mu z przed oczu. Przez następne dwa dni nie było informacji. Na trzeci okazało się, że zidentyfikowano ostatniego przestępcę. Później cisza. Ostatni dzień jego pobytu na ziemi się zbliżał nieubłaganie. Jose bał się, że nie zdąży i będzie musiał opuścić to miejsce nie będąc pewnym, że bandziory, które zabiły mu matkę… i jego samego wylądują w więzieniu. Zrezygnowany obudził się w ostatni poranek. Spojrzał do gazety i na pierwszej stronie zobaczył potężny artykuł, z wielkim tytułem: „Zabójcy Delgado złapani, związek z Martinem Alvarezem potwierdzony”. Jose zaczął czytać łykając każde słowo niczym pączek. Okazało się, że zabójcy to byli bracia mieszkający na jednym campingu. Jeden z nich zginął w napadzie, a wściekły Alvarez na fuszerkę jaką odwalili nawet im nie zapłacił. Rozżaleni bracia złapani łatwo się poddali, wydali swojego szefa i dali tyle dowodów na mafioze, że ten musiałby wybić całe sądownictwo Meksyku, by się z tego wykaraskać. Jose cały w skowronkach wyszedł do wsi w poszukiwaniu owego Shinigami, by spokojnym opuścić ten świat. Tak sobie szedł po rodzinnej miejscowości gdy nagle poczuł czyjąś obecność za sobą. Momentalnie skoczył do przodu lądując na plecach. Już domyślał się czym są owe Hollow, których miał się wystrzegać. Gdyby nie uskoczył zmiażdżyłaby go koło 3 metrowa bestia. Miało to gładką czarną skórę, dziurę w klatce piersiowej, kształt goryla, a na twarzy białą maskę, przypominając również to zwierzę z wyszczerzonymi kłami. Zamiast oczu w dziurach w masce świeciły się czerwone punkciki. Jose od razu wstał i dał drapaka, w pierwszą lepszą ciaśniejszą uliczkę.
- No nie uciekaj! Chcę Cię tylko zjeść! – usłyszał za sobą nieludzki krzyk. Gdy on biegł wąską ścieżką, małpa skakała po dachach. Nie był w stanie jej zgubić nawet na chwilę, by móc się gdzieś schować. Sytuacja była koszmarna na otwartych terenach nie miał szans ze zwierzakiem, a na wsi znajdowały się głównie takie. Jose biegł i starał się myśleć. Wykombinował, że jest jeden moment kiedy Hollow go nie widzi. Wtedy kiedy wskakuje na budynek, a on wbiega do ciasnej uliczki. Przy następnej okazji zamierzał to wykorzystać. Nastał ten czas wbiegł do uliczki, usłyszał głos wybicia się. Miał farta akurat duży śmietnik był otwarty, nie myśląc o niczym wskoczył do niego. Usłyszał jak małpa biegnie dalej. Zamknął wieko i czekał. Po chwili Hollow stanął i zaczął się wracać.
- Gdzie jesteś gnojku!? Chodź no! Chcę Cię zjeść! – krzyczał. Jose słyszał, że jest coraz bliżej i bliżej. Nagle usłyszał i poczuł potężne uderzenie. Siła bezwładności cisnęła nim o boczną ściane śmietnika. Później jeszcze silniejsze uderzenie. Śmietnik się roztrzaskał o ściane, Jose również. Teraz leżał ranny przy ścianie czekając aż małpa przyjdzie i go zeżre, a było już tak blisko.
- Myślałeś, że Cię nie czuje!? Hahahaha jesteś idiotom! – krzyknęła małpa powoli się zbliżając. W końcu chwyciła go w stalowy uchwyt. Nagle usłyszał świst, wyk, poczuł na sobie krew. Na początek myślał, że należy ona do niego, ale po chwili wylądował na ziemi, a ręka, która go trzymała zamieniła się w proch. Wyk należał do Hollow. Teraz przed Jose stał znany mu Shinigami z kataną w ręce.
- Shinigami! Nie wiesz, że w posiłku się nie przeszkadza! – Krzyknął Hollow.
- Mama mnie nie nauczyła. – odparł i ruszył do ataku. Wyskoczył robiąc potężny zamach mieczem i ciął. Był szybki, Jose ledwie widział jego ruchy. Hollow chciał zablokować się ręką, ale ta została odcięta przez pierwsze cięcie. Shinigami znowu skoczył wykonując atak od dołu. Zadał głęboką ranę Hollow od brzucha aż po koniec maski. Ten walnął o ziemię i jakby rozwiał go wiatr.
- Dzięki – powiedział jąkając się Jose.
- Miałeś farta. Ten Hollow był naprawdę słaby.
- No tak…
- Nie ważne. Jak tam zabójcy? Złapani?
- Tak. Mogę odejść.
- Dobrze. – Shinigami wyjął katane z pochwy i jej drugim końcem dotknął go w czoło. Jose poczuł jak świat ucieka mu z przed oczu.

Etap III „Nieżywy wśród nieżywych”

Rozdział I „Niespodziewane spotkanie”

Kiedy Jose się obudził miał nad sobą piękne czyste niebo. Gdy usiadł i spojrzał wokół nie było już tak pięknie. Leżał na drodze z ubitego piachu. Wokół wszędzie drewniane budynki, jeden na drugim, niektóre z zabitymi oknami.
- Nie tak to sobie wyobrażałem. – burknął pod nosem Jose. Spojrzał na ulicę. Była niemal pusta, a z domów i kątów było słychać szepty. Ogromną ilość szeptów. Na ulicy stały stragany jeszcze pełne towaru, ale nikt ich nie pilnował. Wyglądało to tak jakby wszyscy ludzie skryli się w strachu do własnych domów. Pytanie czego się przestraszyli. W końcu młody Delgado zobaczył w oddali jak się ktoś do niego zbliżał. Mierzył koło 185 cm, niemal samych kości. Wyglądał na jakieś 35 lat. Na głowie miał brązowe, nieuczesane włosy związane w kuc. Był ubrany jak zdaje się wszyscy tutaj w obdarte i poobcierane łachmany, jednak w ręce miał coś co zdziwiło Jose. Trzymał broń i to naginate. Z daleka młodzian zobaczył, że naginata nie jest dziełem sztuki. W gruncie rzeczy była to słabo wykonana broń, która zdecydowanie nie poszła, by po wysokiej cenie. Nie mniej nadal było to niebezpieczne narzędzie. Jose wstał chcąc spytać faceta gdzie właściwie się znajduje. Ten, jednak gdy tylko podszedł uprzedził go i sam zaczął rozmowę szorstkim tonem:
- Jesteś tu nowy?
- Tak, bo co? – po głosie i minie od razu Delgado poznał, że to nie jest człowiek o dobrych intencjach.
- Bo to, że musisz zapłacić mi i mojej bandzie, za życie tutaj.
- Ale ja nic nie mam.
- Łżesz! Opróżniaj kieszenie albo wypatroszę Ci flaki!
- Po moim trupie!
- Dobra! – Krzyknął po czym zrobił zamach naginatą. Jose odskoczył do tyłu unikając. Facet następnie pchnął w brzuch wolno i niezbyt umiejętnie dzięki czemu chłopak za ledwie dwoma szybkimi krokami mógł uniknąć ataku. Następnie facet wykonał serie pchnięć, równie powolnych i nieumiejętnych jak pierwsze. Odskakując do tyłu Jose mógł łatwo tego unikać. Praca nóg agresora też była nie ta. Szybko się męczył, a na dodatek zmniejszył swój własny zasięg. Już po tych kilku atakach Delgado widział, że jego przeciwnik to amator. Niestety nadal młodzieniec był na straconej pozycji z uwagi na brak broni. Znał się na walce naginatą znacznie bardziej niż jego przeciwnik co pozwalało mu czytać jego ataki i w prosty sposób je unikać. Zapomniał się, jednak i po kolejnym odskoku do tyłu poczuł coś twardego za plecami. To była ściana jednego z budynków. Mężczyzna zauważył, że Jose zrobił to nie zaplanowanie i od razu ciął poziomo. Młody Delgado uskoczył wzdłuż ściany. Został draśnięty w lewy bark, który momentalnie zaczął piec. Jose, jednak wpadł na pomysł. Rywal wykonał pchnięcie w tej chwili młodzian zamiast unikać chwycił za drzwi, które znajdowały się obok niego, otworzył je wykorzystując jako tarczę. Ostrze naginaty wbiło się w drewno i zaklinowało się. Jose wykorzystał tę chwilę i przywalił rywalowi z pięści w prosto w gębę tak, że ten lekko zamroczony wylądował na glebie. Delgado chwycił z ziemi kamień wielkości ludzkiej pięści. Wskoczył na rywala i przywalił mu nim kilka razy w głowę. Nim się obejrzał facet był martwy. Nagle usłyszał starczy głos z środka domu, który otworzył:
- Bierz trupa i chodź do środka skończony idioto! – Mimo obelgi Jose posłuchał. Chwycił zwłoki za kostki i zaciągnął do domku. Następnie wrócił wyciągnął naginate i zamknął drzwi za sobą. Zapaliła się świeczka. Mimo żałosnych rozmiarów domu było tu 10 prycz, a ludzi 12. 1 starzec, 4 kobiety z czego dwie z malutkimi dziećmi i 5 mężczyzn w różnym wieku. Stało tu też kilka szaf i o dziwo mnóstwo ziół oraz stół alchemiczny.
- Czy Ty wiesz co żeś do cholery zrobił? – spytał starzec
- Taaa… zabiłem gościa, który chciał mnie zabić.
- Nie! Zabiłeś członka gangu ulicznego! Jak się dowiedzą, że to zrobiłeś to wyrżną nas wszystkich!
- Zaraz, zaraz nie powinien ktoś dbać o bezpieczeństwo?
- Teoretycznie? Shinigami, ale oni zadekowali się w Seiretei i to co się dzieje w Rukongai mają tuż poniżej pleców.
- Seiretei, Rukongai? Gdzie my w ogóle jesteśmy?
- O Boże. Zaraz Ci to wytłumaczę. Całe Soul Society dzieli się na Seiretei, czyli miejsce, w którym Shinigami oraz Rukongai, w którym mieszkają dusze zbyt słabe by nimi zostać, pozbawione Reiatsu.
- Reiatsu?
- Energii duchowej potrzebnej, by używać magii, by walczyć.
- Ahaaaa.
- Kontynuując. Są 4 Rukongai: północne, południowe, wschodnie i zachodnie. Ty znajdujesz się w południowym, Inuzuri. Każde Rukongai podzielone jest na 80 ponumerowanych okręgów. Pierwszy jest najbogatszy, im wyższa liczba tym większa bieda.
- A w którym okręgu my się znajdujemy?
- 79.
- Znaczy, że dobrze nie jest, ale mogło być gorzej.
- Nie! Znaczy, że jest beznadziejnie. W tym okręgu panuje gang, który wyciąga od ludzi wszystko co mają, tzw. Myto. Nie możemy sobie pozwolić na nic. Ja osobiście pochodzę z 75 okręgu i jestem skromnym alchemikiem. Przyszedłem tutaj, by pomagać ludziom, ale nie wiem czy to był dobry pomysł. Na imię mi Sergio Delgado. – tutaj oczy chłopaka niemal wyszły mu z orbit. Miał beznadziejną pamięć, ale z młodzieńczego życia zapamiętał jedną rzecz, pierwszego ducha, którego widział. Później rodzice wspominali mu, że gdy miał 5 lat zmarł na ciężką chorobę jego dziadek Sergio Delgado. Wspominali również, że za życia był znakomitym lekarzem.
- Co Cię tak zatkało chłopaku? Ducha zobaczyłeś czy co? – tu się zaczął śmiać. O tym też rodzice wspominali, zawsze zdystansowany do swojej obecnej sytuacji, wesoły aż do śmierci… i wychodzi, że po śmierci również. Jose zaczął mówić poważnym głosem:
- Sergio Delgado, ojciec Pedra Delgado, dziadek Jose Delgado tak? – teraz na twarzy starca wymalowało się zdziwienie.
- Skąd wiesz? – spytał dość podejrzliwie. Z prawego oka młodziana popłynęła łza, otarł ją i powstrzymał się od dalszego płaczu.
- Dziadku! Tak miło Cię widzieć. – Sergio uśmiechnął się:
- Jak Boga kocham nie spodziewałem się Ciebie tutaj tak szybko. Co tam słychać u staruszków? Opowiadaj. – tu Jose posmutniał:
- Ja i matka zostaliśmy zamordowani przez gang ojca, a tata popełnił samobójstwo. – teraz również z twarzy starca zniknął uśmiech. Młody Delgado opowiedział mu całą historię. Po czym dodał:
- Ale teraz to trzeba odłożyć na bok i wykombinować jak tu przetrwać. Wytłumacz mi jakie zasady tu panują.
- Te z dżungli. Prawo pięści.
- No dobra. No to mam propozycje nie do odrzucenia. Ja będę bronić Ciebie, tego budynku i Twojego interesu, a Ty będziesz mi dawał lekarstwa na pamięć i nocleg. Umowa stoi?
- Ty chcesz nas bronić?
- Może ciężko w to uwierzyć, ale od 10 do 18 roku życia ciężko trenowałem walkę naginatą. Miałem sporo szczęścia, bo owy gość posiadał naginate, więc mam broń. No i jeszcze jedno. Daj mi coś do żarcia, bo głodny jestem. – tu dziadek spojrzał na niego z niedowierzaniem.
- Co? – spytał zdziwiony Jose.
- Ano to, że dusze nie posiadające reiatsu nie czują głodu.
- Znaczy, że ja ją mam tak? No to tym bardziej powinienem Was bronić. Daj coś na ruszy, wykombinuj leki dla mnie, a ja nie pozwolę, żeby Wam włos z głowy spadł. – i tak zaczęła się ochroniarska kariera Jose. Z początku nie miał zbyt wiele roboty. Sergio był lekarzem, więc był darzony ogólną sympatią, a młodszy z Delgado był tu od niedawna, więc nie zdążył jeszcze narobić sobie wrogów. Fakt zdarzali się maruderzy, pijacy czy czasem członkowie tego niby gangu, którzy potrzebowali łupnia. Jose szybko dostrzegł różnicę między walkami w Rukongai, a tymi za życia w Dojo. Nawet najpoważniejsza walka na Mistrzostwach nie miała takiej rangi jak najprostsza w Seiretei. W Dojo liczyło się punkty, kombinowało gdzie uderzyć, by zdobyć ich jak najwięcej, walczyło się o pieniądze, chwałę, medale. W Rukongai jedynym co liczy się to przetrwanie, tzn. wykończenie rywala zanim on zrobi to z Tobą. Tutaj kiedy oberwiesz możesz zginąć, tam co najwyżej stracić punkty. Drugą rzeczą, którą Jose zauważył był fakt, że nie ma żadnych blokad, by zabijać rywala. Nie obchodziło go ich życie, marzenia, rodzina. Gdy zaczął walczyć jedyne na co patrzył to na starcie. Ciął, by przeciąć rywala, pchał, by przebić, atakował, by zabić. Ostatnim odkryciem młodzika, był fakt, że to lubi. Naprawdę walczenie na śmierć i życie sprawiało mu przyjemność wiele razy przewyższającą tą na punkty w Dojo. Adrenalina buzowała, mięśnie pracowały, krew tryskała. Prawo dżungli. Jose miał ochotę zetrzeć się z silniejszymi przeciwnikami, więc gdy przybywali Ci uzbrojeni mimowolnie się uśmiechał. Nie był maniakiem, nie szukał walki na siłę, ale gdy przychodziła przyjmował ją z szeroko otwartymi ramionami.

Rozdział II „Shinigami”

- Ejj Dziadku mogę o coś spytać?
- Pewnie. O co chodzi?
- Kiedy ostatnio widziałeś tu Shinigami?
- Od kiedy tu jestem przyszli tu tylko raz.
- A po co?
- W tych okolicach pojawiło się stado Hollow i siało spustoszenie na tyle duże, że Shinigami musieli zareagować. Mówię Ci módl się, żeby nigdy nie spotkać tych potworów. To były najstraszniejsze chwile jakie przeżyłem.
- Gdy byłem duszą jeszcze stąpającą po ziemi spotkałem jednego.
- O Boże chłopcze to masz szczęście, że żyjesz.
- Taa… akurat kiedy miał mnie zeżreć dupsko uratował mi jeden z Shinigami.- czas mijał, a Jose miał coraz więcej wrogów, ale póki co żadnemu nie udało się go nawet porządnie zranić. Wszedł na wyższy poziom niż przed śmiercią walki naginatą, poziom człowieka, który walczy, by przetrwać. Często był głodny, a nocami gdy nie walczył spał na podłodze ciasnego domku. Jego jedynymi przyjemnościami była walka i rozmowy z Dziadkiem. Życie w biedzie poważnie mu zbrzydło. Miał poważną ochotę wrócić do wygód i luksusów, a tego mógł dokonać jedynie zostając Shinigami, im silniejszym tym lepiej. Ponadto dostając się do Seiretei mógł tam znaleźć rywali o znacznie wyższej klasie niż Ci w 79 okręgu Rukongai, z których rażąca większość chciała z nim wygrać używając pięści, stołowych nóg, prętów czy butelek po bimbrze. Z tego co wiedział zbliżenie się do I okręgu jest niemal niemożliwe, więc musiał tu zostać i marzyć, że zjawią się tutaj Shinigami. Pewnego dnia usłyszał potworny wrzask, a za nim kilka kolejnych równie strasznych. Słychać je było z oddali, ale w noc tej samej doby usłyszał to kolejny raz. Nie miał wątpliwości co wydało ten krzyk. Minął dzień ciszy, a w następną noc zbudził go ten sam ryk tylko, że z bliska na szczęście pojedynczy. Nie było wątpliwości Hollow był w 79 Okręgu południowego Rukongai Inuzuri. Jose wstał chwycił za naginate gdy usłyszał głos dziadka za sobą:
- Nie idź tam.
- Muszę.
- Zginiesz!
- Jeśli ja go nie zatrzymam to wyrżnie cały okręg! Muszę iść! – i nie czekając na odpowiedź wybiegł z domu. Jakieś 50 metrów od niego stał czarny stwór mierzący koło 3,5 metra wysokości. Stąpał na krótkich, ale masywnych dwóch łapach. Jego ręce jeśli można to tak nazwać były za to długie i sięgały do samej ziemi. Stał prosto, miał smukła postać, a maska przypominała nieco pysk niedźwiedzia szykującego się do natarcia. To, że Hollow był w miarę daleko od domu dziadka mu pasowało. Chwycił w lewą dłoń naginate, a prawą złapał spory kamień. Podbiegł do Pustego i cisnął w niego kamieniem. Potwór dostał w prawe ramię, ale widać, że raczej go nie zabolało.
- Reiatsu w Rukongai? – zapytał nieludzkim głosem. – będziesz bardzo smaczny. - dodał
- Wal się, nie zamierzam dawać się zjeść. – rzucił. Ale nie miał czasu rozmawiać gdyż od razu popędziło do niego jedno z ramion Pustego. Zaatakowało z góry chcąc go wbić w ziemie niczym gwóźdź. Okazało się, że owe ręce potrafią się wydłużać. Jose zrobił szybki unik i na ślepo ciął. Zrobił płytką ranę w ramieniu Hollowa. Od boku, jednak pędziło ku niemu kolejne. Młody Delgado padł na ziemię unikając ataku. Drugie ramię ponownie atakowało pionowo w dół z celem zmiażdżenia go. Jose, jednak w ostatniej chwili się przeturlał. Znajdował się na plecach gdy zobaczył, że palce drugiej ręki się rozczapierzyły zamieniając się w kolce i owa ręka najwidoczniej zamierza wbić się w ziemie wokół Jose, by zabrać go razem z ziemią i wsadzić do pyska. Młody Delgado poczekał na odpowiedni moment i w ostatniej chwili zaparł naginate o ziemię i korzystając z siły jaką dał Hollow temu atakowi wbił broń w dłoń potwora. Pusty zawył z bólu i dostał szału. Zaczął na ślepo wymachiwać ramionami. Nagle księżyc za nim przysłoniła na chwile postać z kataną w ręku. Owa postać zadała cięcie prosto w tył głowy zabijając Hollowa. Potwór padł na ziemie prawie zresztą zgniatając Jose. Momentalnie młody Delgado zaczął się słabo czuć. Świat mu nie wirował, ale czuł, że coś jest nie dobrze. Za Pustym stały 4 postaci z mieczami, jedna z nich właśnie go schowała, a za nią reszta. Po chwili do niego podeszli. Okazało się, że jest tam 4 shinigami, 3 facetów, jedna kobieta. Kobieta była z grupy najniższa miała w przybliżeniu 165 cm dość śniadą cerę długie czarne włosy z czerwonymi pasemkami. Rozmiary jej biustu były bardzo skromne, ale ogólnie była ładna. Na jej twarzy gościł uśmiech. Ogólnie rzecz biorąc wyglądała na jakieś 25 lat. Później był brunet od średniej długości włosach, czarnych oczach, aroganckim uśmieszku i koło 175 cm wysokości. Następny był łysy o wyrazie twarzy zdradzającym znudzenie. Był mocno zbudowany i mierzył jakieś 185 cm. Od ostatniego gościa biło największe reiatsu. Miał krótkie blond włosy, prostokątne okulary na nosie, mądre spojrzenie i łagodny wyraz twarzy. Mierzył na oko 180 cm i był smukłej budowy. Pierwsza odezwała się kobieta wesołym tonem:
- Nazywam się Hannami Miyoko, a Ty?
- Jose Delgado, miło mi. – tylko to był w stanie rzucić Latynos z uwagi na fakt, że nadal nieco przytłaczała go ich energia.
- Nieźle sobie radziłeś z tym Hollowem. Szczególnie jak na zwykłą dusze bez Zanpaktou.
- Dzięki. Zanpaktou?
- Pogromcy dusz. Tak nazywają się nasze miecze.
- Aaa… - nagle ich rozmowę przerwał kaszel blondyna. Facet skręcił się z bólu i zasłonił usta ręką.
- No nie znowu!? – krzyknął łysol. Shinigami odjął rękę od ust i miał ją całą zakrwawioną.
- Chodźcie! Zaprowadzę Was do lekarza! – krzyknął Jose. I już skierował się do przodu gdy zobaczył, że nikt nie idzie poza ową Hannami. Ta odwróciła się wkurzona i krzyknęła:
- No chodźcie i pomóżcie Akirze-sama! Chcecie, żeby zginął!? – Ci ruszyli bez dłuższego zastanowienia. Kiedy Jose wszedł do domku krzyknął:
- Dziadku masz specjalnego pacjenta? – ten spojrzał z niedowierzaniem, ale zabrał się do pracy jak najszybciej mógł.

Rozdział III „Początek Jutra”

- Musi tu poleżeć tydzień, żeby móc wracać do walki. – orzekł na następny dzień Sergio.
- To jakiś żart!? Wracamy do Seiretei? – Rzucił zirytowany łysol.
- Nie – Odparł owy Akira, który najwidoczniej dowodził w tej misji – co by się nie stało musimy wybić to stado Hollow. Już pierwszy mógł zasiać niezły spustoszenie gdyby ten dzieciak go nie zajął. Brawo Jose Delgado. Dziękuje Ci za pomoc.
- yyyy… Drobiazg.
- Nie drobiazg. Swoją odwagą i sprawnością uratowałeś życie wielu dusz. Należy Ci się nagroda. Mów co chcesz.
- Cokolwiek?
- Cokolwiek.
- Chciałbym zostać Shinigami.
- Miałem nadzieję, że to powiesz. I tak bym Ci to zaproponował.
- I, żeby dziadek też wylądował w Seiretei.
- To jest niemożliwe. Seiretei to miejsce tylko dla shinigami. Wybacz.
- No to, żeby został zadekowany w pierwszym okręgu Rukongai.
- Dobra to już może być. No to zabiorę Cię do akademii Shinigami, a Twojemu dziadkowi załatwię dom w I okręgu Rukongai. Stoi?
- Stoi.
- Teraz wy. – tu zwrócił się do swoich podwładnych. – będziecie kontynuować misje beze mnie. Poruszacie się tylko w trójkę, pod moją nieobecność rządzi Hannami-san. Wychodzicie o 7 rano, znaczy za 15 minut, wracacie o 19, chyba że wybijecie wcześniej wszystkich pustych. Cel misji wyeliminować całe stado Hollow, które napadło Rukongai. Jasne?
- Jasne. – po równo 15 minutach Shinigami wyruszyli. Jose jak zwykle siedział na posterunku w razie gdyby ktoś przyszedł kto chce walczyć.
- Delgado-kun? – usłyszał głos Akiry za sobą Jose.
- Słucham?
- Wiesz co to bakudou i hadou?
- Szczerze powiedziawszy nie mam zielonego pojęcia.
- Są to rodzaje magii której stosują Shinigami, czyli kidou. Bakudou to zaklęcia wiążące. Znaczy, że służą one do blokowania ataków lub obezwładniania przeciwnika. Hadou natomiast to zaklęcia destrukcyjne służące do ranienia, niszczenia i zabijania.
- Aha. Ale po co mi to mówisz?
- W akademii rażąca większość studentów to arystokraci, którzy już przy narodzinach wiadomo było, że będą starli się zostać Shinigami. Możesz być pewien, że niemal każdy z nich będzie znał przynajmniej po jednym hadou i bakudou. Dobrze, by było gdybyś Ty też to potrafił. Co Ty na to, żebym nauczył Cię dwóch prostych zaklęć?
- Pewnie! Jesteś dla mnie bardzo dobry Akira-sama. Dziękuje!
- Nie ma za co. Zanudziłbym się tu przez ten tydzień jakbym miał nic nie robić. Najpierw hadou czy bakudou?
- Hadou.
- Tak myślałem. Otwórz drzwi. – gdy Jose już je otworzył Akira przymierzył palcem, by nie zniszczyć żadnego budynku ani nie zabić człowieka i powiedział:
- Zaklęcie destrukcyjne numer cztery – byakurai! – z palca wystrzeliła mu błyskawica po czym dodał – Sprawa jest stosunkowo prosta. Zapamiętujesz inkantacje, która w tym przypadku jest prosta jak konstrukcja cepa, ładujesz reiatsu do palca i je wystrzeliwujesz. – po czym ruszyli do treningu. Akira uparł się, by Jose nie strzelał z wnętrza budynku tak jak ten to wcześniej uczynił. Delgado, więc pożyczył mu swoją naginate, którą ten zaczął używać jak laskę i poszli między budynki trenować. Nawet osoba o tak słabej pamięci jak Jose nie miała problemu z zapamiętaniem 5 słów inkantacji, więc od razu mogli przejść do kontroli nad reiatsu. Tu zaczęły się schody. Jose w życiu nie skupiał reiatsu, więc Akira musiał trochę nakombinować, by go tego nauczyć. Ten element zajął im dwa dni później już było z górki. Kolejne dwa dni spędzili na formowanie błyskawicy, czyli ukończenie byakurai. Zaś ostatnie dwa dni na tworzenie z reiatsu tarcz Engo. Podczas piątego dnia pobytu 3 pozostali Shinigami wrócili mówiąc, że misja wykonana. W ostatni dzień Sergio spakował swoje rzeczy na wóz, zaś Jose wziął tylko swoją naginate i wyruszyli razem, z wojownikami w kierunku Seiretei. Dziadek zatrzymał się w I okręgu południowego Rukongai i tam nastąpił czas pożegnania. Jose przysiągł, że będzie pisać do starca zaś ten podarował mu pudełko ze 100 tabletkami na pamięć, mówiąc by brał tylko jedną dziennie i że jeśli mu się skończą to niech do niego napisze to mu, więcej prześle. Później Jose wszedł razem z Shinigami do Seiretei, które wręcz parzyło go w oczy pięknem i dzięki poświadczeniu za niego przez Akire został przyjęty do Akademii. Otrzymał książki, przybory do pisania, własny pokój w internacie, bokken i wreszcie kimono studenta.

Pieniądze: 500 Ryo.

STATYSTYKI
Atrybuty:
Siła: 5 +1 (profesja) + 2 = 8
Szybkość: 5 + 2 (profesja) + 1 = 8
Zręczność: 5 + 4 = 9
Wytrzymałość: 5 + 3 = 8
Inteligencja: 5 + 1 = 6
Psychika: 5 + 1 = 6
Reiatsu: 5 + 1(profesja) + 1 = 7
Kontrola Reiatsu: 5 + 2 = 7

OGÓLNE

Udźwig: 80 kg
Prędkość (śr.): 13km/h
Prędkość (max.): 26km/h
PŻ (Punkty Życia): 80
PR (Punkty Reiatsu): 49

Techniki
Magia:
Poznane Hadou: #4 Byakurai
Poznane Bakudou: #2 Engo

Umiejętności:
- Ulubiona broń (naginata)
- Żądza krwi
Wady:
- Niepopularny
- Twardy Sen
- Kiepska pamięć


Ostatnio zmieniony przez CZaras dnia Sob 18 Sie 2012 - 21:22, w całości zmieniany 1 raz
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Imperator Kuchiki



avatar

Oddział : Dywizjon 7
Mistrz Gry : Watanabe no Tsuna

Karta Postaci
Punkty Życia:
102/120  (102/120)
Punkty Reiatsu:
85/110  (85/110)

PisanieTemat: Re: Jose Delgado   Sob 18 Sie 2012 - 18:48

Więc tak:
"Jego twarz jest złożona z ostrych rys, a jego szczęka jest całkiem kwadratowa" - to zdanie niezbyt mi się podoba. Lepiej by brzmiało: "Ma ostre rysy twarzy, a jego szczęka jest kwadratowa"

No i nie znam się na metodach działania latynoskiej mafii, ale żeby od razu iść z karabinami na kobietę i jej młodocianego syna?

W 79 rukonie raczej same bestie mieszkają, zwykli ludzie co najwyżej użyźniają sobą glebę.

No i strasznie miłosierni ci shinigami. Patyczkują się i nie odsyłają dusz od razu i jeszcze dziadkowi ekskluzywną miejscówkę zapewniają.

Ale ogółem nie ma tu błędów, które tą KP by pogrążyły. A jako iż miły człek jestem dam:akcept.


Ostatnio zmieniony przez Kuchiki Kyosuke dnia Sob 18 Sie 2012 - 19:48, w całości zmieniany 1 raz
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Takagi Niizuki



avatar

Oddział : Dywizjon 7
Mistrz Gry : Watanabe no Tsuna

Karta Postaci
Punkty Życia:
180/180  (180/180)
Punkty Reiatsu:
460/460  (460/460)

PisanieTemat: Re: Jose Delgado   Sob 18 Sie 2012 - 19:47

Po przejrzeniu KP uznaję, że się nadaje.
Akcept


Dziadek Szyderca
-----------------------
Co zrobisz w przypadku zła, którego nie możesz pokonać sprawiedliwością ?
Zwalczysz zło złem, czy też zaakceptujesz fakt, że sprawiedliwość z nim przegrała ?
Tak czy inaczej, zło pozostanie.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
CZaras



avatar

Oddział : Dywizjon 5
Mistrz Gry : Don Imperatore

Karta Postaci
Punkty Życia:
140/140  (140/140)
Punkty Reiatsu:
408/408  (408/408)

PisanieTemat: Re: Jose Delgado   Sob 18 Sie 2012 - 21:27

Kuchiki Kyosuke:

- Zdanie poprawiłem
- Co do latynoskich mafii, również się nie znam, ale można założyć, że z uwagi na zachwiany stan psychiczny Szefa mógł być to przypadek bez precedensu, taki wyjątek.

- Co do Rukonu to szczerze też nie wiem. Osobiście wydaje mi się, że to zależy, od Rukogai czy północne, południowe, zachodnie czy wschodnie. Na 100% wiem, że Renji mieszkał w 78 okręgu Inuzuri gdzie morderstwa były rzadkością, a chciałem, by tam sytuacja była nieco gorsza, więc dałem jeden wyżej.

- Cóż, ogólnie Shinigami w Bleachu są przedstawieni jako Ci dobrzy, więc wydaje mi się, że przemodelowanie historii, bo byli zbyt mili jest zbędne.

- No i dziękuje za sprawdzenie mojej karty
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Kamys



avatar

Oddział : Dywizjon 11
Mistrz Gry : Izdurbal

Karta Postaci
Punkty Życia:
102/290  (102/290)
Punkty Reiatsu:
41/156  (41/156)

PisanieTemat: Re: Jose Delgado   Nie 19 Sie 2012 - 1:57

NEGATYW ! (od admina żeby nie było ; ) )

Gdybyś nie wiedział to taki z którym nie zaczniesz grać póki nie poprawisz ; )... A co jest nie tak ? Anooooo Gdybyś czytał ekwipunek podstawowy to wiedziałbyś co dostajesz. Druga sprawa rzeczy które wymieniłeś w wyglądzie w SS nie istnieją. Nie ma tam dżinsów, nie ma SKARPETEK (tym bardziej ze nie pasują do budowy sandała). Mógłbyś to mieć gdyby twoja postać była niesamowicie bogata... A zdaje się że nie jest.

Aby zacząć grać twoja postac MUSI zgadzać się fabularnie... Radze przejrzeć sobie CAŁĄ kartę i wziąć pod uwagę to że gramy w świecie feudalno-japonio podobnym.
Tyle ode mnie, dziękuje i czekam na poprawy.



***
kamys01
kamys02
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Izdurbal Tenshi



avatar

Oddział : Dywizjon 12 (technologiczny)
Mistrz Gry : Kamys

Karta Postaci
Punkty Życia:
89/100  (89/100)
Punkty Reiatsu:
161/168  (161/168)

PisanieTemat: Re: Jose Delgado   Nie 19 Sie 2012 - 3:37

Cóż mógł bym powiedzieć... Od góry do dołu:

Wygląd:
- Zgodnie z tym co napisała przedmówczyni, w Soul Society nie występują elementy ubioru z świata żywych. Pragnę zresztą zauważyć, iż Jose nie miał by nawet jak ich zdobyć. Wszak nikt by mu takowych nie sprzedał a na pewno już nie w 79 okręgu.

Charakter:
- Tutaj akurat nie mogę wiele zarzucić. Całkiem poprawnie, choć nie tak wiele gdy weźmie się pod uwagę obszerność całej karty.

Ekwipunek:
- No i tutaj jest namieszane nie mniej niż garnku z makaronem. Niestety w ekwipunku początkowym nie ma miejsca ani na naginate, ani na strój ze świata żywych ani nawet na tabletki. Element do ewidentnej poprawy.

Historia:
- Cóż, problemy z tego punktu sprawiają, iż ekwipunek wydaje się mało istotnym kłopotem. Wymienię więc po kolej numerując problematyczne sprawy:

1. Po pierwsze ale bodaj najistotniejsze. Z tego co nam wiadomo do Soul Societ trafiają jedynie dusze zmarłe na terenie Japonii. Nie spotkaliśmy w całej mandze ani nawet anime shinigami ani nawet duszy pochodzącej z innego regionu świata. Powstaje więc potężny dość problem natury raczej niezamkniętej, którego poruszania wolał bym uniknąć z kilku powodów. Najważniejszym z nich jest zaś to, iż nie ja odpowiadam za tworzenie świata tego PBF'a ^^". Poza tym w takim wypadku pozostaje spory kłopot jakim jest bariera językowa, prawda? Wszakże nigdzie nie wspominasz, iż Jose potrafi płynnie mówić po japońsku.

2. Złapanie zainteresowania bronią białą jest raczej trudne w szkołach meksyku. Najczęściej tam spotykanym sportem używającym jakiegokolwiek oręża jest szermierka, w której korzysta się z floretu nawet nie zbliżonego wyglądem czy pochodzeniem do naginaty. Dodatkowo znalezienie szkoły, w której można rozwijać podobne zainteresowania na meksykańskiej wsi wydaje się nawet bardziej niemożliwe.

3. Zakup ostrej i skutecznej (jak dowodzi dalsza część historii) naginaty dla dziesięcioletniego chłopca wydaje mi się decyzją wcale nie mądrzejszą niż zakup dla niego jadowitego węża. Nie lepiej było by kupić mu najpierw naginatę treningową z dębiny?

4. Ściągnięcie prywatnego nauczyciela walki naginatą musiało być koszmarnie drogie. Nie jestem pewny, jak bardzo bogata była rodzina Delgado, niemniej sam ten fakt wskazuje na ogromny majątek.

5. Kopnięcie niczym Leonidas z 300 obawiam się jest dla Jose nieosiągalne. W końcu chłopak nie jest trzydziestolatkiem szkolonym od najmłodszych lat do prowadzenia wojen. Zresztą, to akurat jest element mało istotny.

6. Specjalnie z okazji twojej karty sprawdziłem co oznacza obce mi słowo "wyk". Teraz zadaje sobie pytanie, po co hollow nosił ze sobą coś takiego:

"Wyka (Vicia L.) – rodzaj roślin zielnych należący do rodziny bobowatych. Rodzaj liczy ok. 200[2] gatunków występujących w większości na półkuli północnej, w strefie klimatu umiarkowanego. Należy do niego ok. 140 gatunków[3]. Wiele gatunków to rośliny uprawne, w tym pastewne. Gatunkiem typowym jest Vicia sativa L.[4]."

Jedynie to słowo w odpowiednim przypadku przyjmuje formę "wyk". Inne takie nie istnieje w polskim języku.

6. Pamiętasz przypadkiem mężczyznę w Rukongai, który nosił naginatę? Tego którego zabito kamieniem? To teraz przypomnę o pewnym fakcie dotyczącym chowania jego ciała - umierająca dusza rozpada się nie pozostawiając po sobie więcej śladów niż ubrania leżące na ziemi. Nie trzeba grzebać zamordowanych. Wygodne, prawda? Jeśli zaś chodzi o samą walkę... cóż... drzwi w Rukongai to nie otwierane wrota a odsuwane na bok ścianki. Trudno się taką zasłonić opierając o ścianę^^".

7. Tworzenie tabletek wymaga o wiele bardziej zaawansowanej aparatury niż stół alchemiczny. Innymi słowy, dziadunio miał by kłopoty z robieniem ich w swoim warsztacie, którego o dziwo gang nie wyniósł.

8. Mam wrażenie, iż gang łączy jedynie osoby o szczątkowym umyśle. Inaczej bowiem szybko wpadli by na plan by stłuc Jose większą grupą, a nie wyzywać go na pojedynki w których ponoć szans nie mieli. Wszak i Herkules dupa kiedy ludu kupa. Zwyczajnie w końcu zatłukli by go na śmierć nawet "butelkami po bimbrze" których, jeśli pozwolisz że przypomnę, w Rukoganie nie uświadczymy. Jest to bowiem świat zbliżony do feudalnej Japoni. Alkoholem było więc sake a to podawano w ceramicznych naczyniach raczej jednorazowych jeśli stosować je w roli maczugi. Nóg stołowych również zbyt wiele nie da się odnaleźć, albowiem konstrukcja tamtejszych stołów eliminowała ich obecność.

8. Hollow nie można skrzywdzić bronią nie będącą zanpakutou. Tak przynajmniej stwierdzono w mandze bleacha. Co za tym idzie, walka przy użyciu naginaty z pustym mogła mieć różny przebieg, jednakże na pewno w jej trakcie nie udało by się zadać potworowi ran.

To by było na tyle, choć muszę przyznać iż ze względu na godzinę nie myślę już tak jasno jak bym chciał. Jeśli jutro coś jeszcze znajdę to najwyżej dopiszę. Póki co negatyw. Powodzenia w poprawianiu.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
CZaras



avatar

Oddział : Dywizjon 5
Mistrz Gry : Don Imperatore

Karta Postaci
Punkty Życia:
140/140  (140/140)
Punkty Reiatsu:
408/408  (408/408)

PisanieTemat: Re: Jose Delgado   Nie 19 Sie 2012 - 11:38

O Boże przekichane. To by wyszło, że pomijając szczegóły to całe podstawy historii są do bani, więc bym musiał pisać historie od nowa. Wydaje mi się to bardziej pracochłonne i mozolne niż napisanie nowej karty. Proszę, więc o przeniesienie karty do "starych" i już ostrzenie zębów na zjechanie kolejnej
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Kamys



avatar

Oddział : Dywizjon 11
Mistrz Gry : Izdurbal

Karta Postaci
Punkty Życia:
102/290  (102/290)
Punkty Reiatsu:
41/156  (41/156)

PisanieTemat: Re: Jose Delgado   Nie 19 Sie 2012 - 11:48

Czarek lubie cie, ale o nie zmienia faktu ze gry dla Ciebie nie zmienię. Zrobiłeś postać nie pod klimat która ma średnie prawo istnienia w SS... Wedle życzenia wrzucę do starych,



***
kamys01
kamys02
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Sponsored content




PisanieTemat: Re: Jose Delgado   

Powrót do góry Go down
 
Jose Delgado
Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Powrót do góry 
Strona 1 z 1

Permissions in this forum:Nie możesz odpowiadać w tematach
 :: Strefa Gracza :: Gracze :: Stare-
Skocz do:  
Create a forum on Forumotion | © phpBB | Free forum support | Kontakt z | Report an abuse | Create a blog