IndeksFAQSzukajUżytkownicyGrupyRejestracjaZaloguj
Nabór na stanowiska Mistrzów Gry! Rekrutacja na GG: 2785425!
Pomoc dla nowych graczy

Lista aktywnych Mistrzów Gry:
Kamys 5/3 | Izdurbal Tenshi - 3/4 | Kuchiki Kyosuke - 6/3
CZaras – 2/3 | Shadow - 1/1 | Kaz- 1/1 | Kovacs - 0/1 |
Watanabe no Tsuna
- 2/3* (możliwe dodatkowemiejsce o ile KP zainteresuje, zaś gracz będzie aktywny)


Share | 
 

 Milia

Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Go down 
AutorWiadomość
Milia




Mistrz Gry : Kamys

Karta Postaci
Punkty Życia:
100/100  (100/100)
Punkty Reiatsu:
25/25  (25/25)

PisanieTemat: Milia   Pon 10 Lis 2014 - 15:31

Dane:
Imię: Milia
Nazwisko:
Profesja: Definitywnie człowiek, a dlaczego pytasz? Nie ma absolutnie żadnej szansy, żeby była Hollowem. No dobra, jest Hollowem.
Wiek: Co to w ogóle za pytanie? Też Pan...no dobra, 115 lat
Waga: 98 kilogramów, ale lepiej jej o to nie pytajcie.
Wzrost: 205 centymetrów

Statystyki:
Siła: 10 (+5 za punkty wolne)
Szybkość: 11(+6 za punkty wolne)
Zręczność: 10(+5 za punkty wolne)
Wytrzymałość: 10(+5 za punkty wolne)
Inteligencja: 8(+7 za punkty wolne)
Psychika: 10(+5 za punkty wolne)
Reiatsu: 5
Kontrola reiatsu: 5

Umiejętności:
Człowieczy, walka wręcz (freestyle)

Specjalne zdolności:
- Skrzydła/ Łapy – Górne kończyny Milii mają dwa „tryby” działania, z których każdy charakteryzuje się innymi wadami i zaletami. W bazowej formie mają one postać ogromnych błoniastych skrzydeł umożliwiających całkiem wydajny lot. Nietoperzyca może je co prawda złożyć i nadal całkiem skutecznie poruszać się na ziemi, ale na pewno nie będzie mogła przy ich pomocy niczego pochwycić, manipulować narzędziami itp. Jest wtedy zdana na chwytne, ale niezbyt zdatne do precyzyjnej roboty dolne kończyny. Skrzydła nie są też najlepszą bronią do walki w zwarciu. Drugim trybem są szponiaste łapska wyposażone w pięć smukłych palców, w tym przeciwstawny kciuk. Milia może ich używać jak zwyczajnych dłoni, a do tego walczyć przy użyciu ostrych, czarnych pazurów. Poręczne, nieprawdaż?
- Stalowe skrzydło/ Łapa ze stali – Zdolność ta działa w obu „trybach” pracy górnych kończyn Milii  poprawiając ich przydatność w boju. W wypadku skrzydeł działa w ten sposób, że tak kościane, jak i skórzane ich części są niezwykle twarde i wciąż twardnieją. Na tą chwilę wytrzymałością dorównują ostrzu zanpakutou, ich krawędzie są też równie ostre. W przypadku łap „twardość” obejmuje całe dłonie i przedramiona, ostrość zaś tyczy się, co oczywiste, wyłącznie pazurów.

Wygląd:

Hollow: W swojej prawdziwej postaci Milia jest mniej więcej tym, co moglibyśmy otrzymać gdybyśmy napoili nietoperza wampira krwią jednej z istot zrodzonych przez wyobraźnię H.P Lovecrafta. Poczwara ma mniej więcej dwa metry wzrostu i sprawia wrażenie wychudzonej. Niemalże w całości pokrywa ją ciemno bordowe futro, od którego wolne są tylko maska, ramiona oraz stopy. Oblicze Milii przypomina portret nietoperza wykonany z gipsu albo kości słoniowej. W oczy rzucają się dwa rzędy ostrych jak brzytwa zębów przywodzących na myśl zębiska rekina. Nic dziwnego, w końcu służą z grubsza do tego samego. Nie sposób też nie dostrzec wielkich spiczastych uszu, które mają tendencję do ciągłego obracania się na podobieństwo pary radarów. Zadnie łapy są wygięte niczym kończyny jakiegoś wielkiego ptaka albo dinozaura, a ich silne, chwytne palce kończą się czarnymi, ostrymi szponami. Najlepiej widoczną częścią ciała Milii są jednak skrzydła. Olbrzymie, błoniaste niczym u nietoperza, wyglądają dokładnie tak, jakby miały unieść w powietrze coś wielkości rosłego mężczyzny. Tworząca je, rozciągająca się także na tylne kończyny błona robi dziwne wrażenie. Wydaje się twardsza i nieco mniej elastyczna niż powinna, a uderzenie w nią zaowocuje dźwiękiem przywodzącym na myśl okładanie metalowej ściany. Podobnie jak prawdziwe nietoperze wampiry Hollow potrafi całkiem sprawnie chodzić, a nawet biegać na złożonych skrzydłach czepiając się przy tym podłoża wystającymi ponad nie kciukami. W swojej podstawowej formie Milia nie posiada rąk – wisząca ku dołowi para kończyn zdecydowanie zmniejszałaby zresztą aerodynamikę jej sylwetki utrudniając lot. Potrafi jednak, jeśli tego chce, przekształcać swoje skrzydła w długie łapy o pięciu smukłych, zakończonych ostrymi pazurami palcach. Dłonie oraz przedramiona pokryte są czymś w rodzaju kościanych płytek twardych jak błona opisanych już skrzydeł. Łapska nie nadają się oczywiście do latania, można więc powiedzieć, że Nietoperzyca ma dwa „tryby” funkcjonowania – lotniczy i naziemny.
Głos Milii jest w tej formie nieco echowy i piskliwy. Jej ryk nie przywodzi na myśl dźwięku wydawanego przez inne Hollowy. Brzmi po prostu bardziej...echolokacyjnie. Nie rozwala co prawda szyb ani błon bębenkowych, ale jest zdecydowanie nieprzyjemny dla ucha.
Monstrum porusza się zadziwiająco płynnie, jakby każdy ruch był celowy. Jest też sprawnym lotnikiem i potrafi całkiem zwinnie manewrować w wąskiej (Ale bez przesady) niekiedy przestrzeni między budynkami. Jedynym niespecjalnym i nie związanym z jakimś celowym działaniem ruchem Milii jest w tej postaci przekrzywianie głowy, które można u niej zauważyć zawsze, gdy wpatruje się w coś, co ją interesuje.
Spoiler:
 

Człowiek: Milia przybiera ludzką postać kiedy tylko może. Staje się wtedy niewysoką (około 165cm) kobietą o śniadej skórze i długich, białych jak szaty Ku Klux Klanu włosach. Szczupła sylwetka wiąże się z niezbyt bujnymi kształtami, kobieta jest jednak całkiem gibka i nieźle umięśniona, przez co sprawia wrażenie sportsmenki. Jej wiek można by, na oko, ocenić na jakieś dwadzieścia pięć do dwudziestu siedmiu lat.
Milię otacza aura energii i chęci działania. Chodzi szybko i sprężyście, przy czym sposób w jaki to robi kojarzy się raczej z pewnością siebie niż pośpiechem. Często zdarza jej się, nieco dziecinnym zwyczajem, urozmaicać sobie drogę wskakiwaniem na murki, podśpiewywaniem albo zatrzymywaniem się by na coś popatrzeć. Podczas rozmowy nie zwraca wielkiej uwagi na przestrzeń osobistą i do swojej i tak już bujnej gestykulacji nałogowo wciska zachowania, takie jak obejmowanie rozmówcy ramieniem, dźganie go palcem w pierś i tak dalej. Nie pozwala sobie jednak na gesty poufałości, takie jak przytulanie, uściski, czy całuski na dzień dobry. Pod tym względem jest dość stanowcza i asertywna. Lubi się też śmiać i często się uśmiecha. Choćby do własnych myśli.
Głos Milii jest dość kobiecy i przyjemny dla ucha. Nie żeby mogła wokalnie rozpuszczać męskie serca – po prostu nie brzmi jak chłop ani nie budzi w słuchaczu chęci by zainwestować w stopery. Jej głos należy do typu tych nieco niższych z delikatną chrypką, nie przekraczających jednak granicy dobrego smaku. Z reguły dominuje w nim żartobliwy, wesoły ton. Kobieta jest zresztą gadułą i generalnie sporo mówi.
Milia ubiera się w sposób prosty i wygodny, pozbawiony rozmaitych zbędnych dodatków, w których tak lubują się współczesne dziewczęta. Zwykle ma na sobie koszulkę na ramiączkach albo T-shirt w ciemnych barwach i bojówki albo jeansy przewiązane paskiem. Jeśli o obuwie chodzi to dominują trampki lub glany. Pieniądze zabierane ze zwłok ofiar pozwalają jej zresztą na okazjonalne zmiany rozmaitych części garderoby, choć nie jest to jedna z jej podstawowych potrzeb.  
Spoiler:
 

Charakter:

Pomimo oczywistej przynależności rasowej Milia nie jest typowym Hollowem. Nie żeby wyglądała jakoś urzekająco ślicznie, albo budziła w otoczeniu wyjątkowo ciepłe uczucia. Różnica jest czysto charakterologiczna. Moc, która miała w sobie za życia ułatwiła jej zachowanie całkiem sporego pierwiastka człowieczeństwa, dzięki któremu nigdy nie musiała zmagać się z bezrozumnym głodem trawiącym większość jej pobratymców. Och, oczywiście nie pozostała taka, jaka była za życia – przemiana w drapieżną istotę polującą na inteligentne ofiary musiała się wiązać z pewnymi zmianami myślenia. Podobnie zresztą długowieczność i wiążący się z nią niemalże nieustanny kontakt z przemijaniem. Milia chodzi już po tym (oraz innym) świecie całkiem długo i chcąc nie chcąc była świadkiem ciągłych przemian, jakim podlegają ludzi i ich cywilizacja. No, ale dosyć już tego bezczelnego lania wody.
Jaka więc jest nasza nietoperzowata poczwara? Po pierwsze: pogodna. W przeciwieństwie do kinowych wampirów Milia traktuje swoją nieśmiertelność oraz fakt, że przynależy do wymiaru nieco innego niż ludzki jako źródła nieosiągalnej dla homo sapiens wolności. Z niewielkimi wyjątkami może robić co chce i ma praktycznie cały czas tego świata by oddawać się rozmaitym hobby i rozrywkom. Świat to dla niej wielki, choć czasami niebezpieczny, plac zabaw, z którego uroku może korzystać praktycznie wedle woli. Ostatnie dziesięciolecia poświęciła więc między innymi na błahostki takiej na przykład nauka gry na gitarze, doskonalenie (przeważnie w praktyce) własnego stylu walki wręcz czy słuchanie rozmaitych odmian rock and rolla i metalu (które uważa za jedne ze swoich największych odkryć).
Po drugie: pewna siebie. Osoby posiadające pewne pokłady życiowego doświadczenia otacza zwykle aura żelaznego spokoju i odwagi wynikających z faktu, że sporo już w życiu widziały i nie tak łatwo jest je zaskoczyć. Podobnie jest z Milią – po pierwszych kilkudziesięciu latach życia wiele rzeczy przestało ją zwyczajnie dziwić. Polując na naprawdę paskudnych ludzi oraz inne hollowy czy obcując z duszami zmarłych ludzi miała okazję być świadkiem rzeczy dziwnych i niepokojących, a czasami po prostu przerażających. Musiała więc albo  wyrobić w sobie pewien spokój albo zwariować. Jak na razie całkiem dobrze wychodzi jej to pierwsze. Nie znaczy to oczywiście, że jest nieustraszona. Po prostu nauczyła się radzić sobie ze strachem za pomocą zabiegów takich jak: dowcip, sarkazm i śmiech.
Po trzecie: wojownicza. Milia nie lubi bawić się w podstępy i podchody zdecydowanie preferując bezpośrednią konfrontację. Walka jest dla niej czymś, co pozwala poczuć, że...z braku lepszego słowa...żyje. W końcu co pozwala nam docenić małe codzienne przyjemności lepiej niż perspektywa nagłego zgonu? Nietoperzyca preferuje przy tym starcia z wojownikami, którzy znają się na swoim fachu. Jeśli już uda jej się wygrać z podobnym przeciwnikiem i nie zalicza się on do jej piramidy żywienia nigdy go nie zabija. Po co wykańczać kogoś, kto może dostarczyć tyle zabawy? Sytuacja ma się jednak zupełnie inaczej gdy napotka osobę tchórzliwą, podstępną, albo wyręczającą się cudzą siłą. Tych Milia nienawidzi i nie ma dla nich ani krzty wyrozumiałości.
Po czwarte: szczera. Jeśli Nietoperzyca coś powie to można mieć stu procentową pewność, że to prawda. Ta konkretna potworzyca pewnie potrafiłaby kłamać, ale zwyczajnie tego nie chce. Uważa po prostu, że prawdę muszą ukrywać tylko ci, którzy nie są dość silni by stawić jej czoła. Bo i z jakiego innego powodu mieliby ja ukrywać? Dla sportu? Dla radochy? To by było głupie.
Po piąte: towarzyska. Milia bardzo sobie ceni rozmowy, pogawędki i poznawanie nowych istot. Jest z natury bezpośrednia, dowcipna i roześmiana co sprawia, że dość łatwo nawiązuje znajomości. Nie jest jednak specjalnie ufna i przeważnie trzyma pewien dystans nie pozwalając towarzystwu zbytnio się do siebie zbliżyć. Na jej zaufanie trzeba sobie zapracować, ale gdy już się je zdobędzie to można mieć pewność, że ma się po swojej stronie Hollow, z którą można by konie kraść. Zabawną cechą charakteru Milii jest matczyna troska, którą otacza osoby młodsze lub sprawiające wrażenie młodszych. Nigdy nie skrzywdziłaby dziecka, a widząc jak jednemu z nich dzieje się krzywda na pewno interweniuje. Szczerze nienawidzi rodziców stosujących przemoc. Cóż, wygląda na to, że gdy kobieta raz stanie się matką to matką pozostanie. Nawet jeśli gdzieś po drodze przeistoczy się w skrzydlatego potwora pożywiającego się duszami.
Po szóste: muzykalna. Milia czerpie bardzo dużo radości z muzyki, a zwłaszcza rock and rolla i metalu. Ma swój odtwarzacz mp3 kupiony za pieniądze zabrane ze zwłok jednej z ofiar i bardzo często można ją zobaczyć ze słuchawkami w uszach. Posiada również gitarę akustyczną (Zdobytą w podobny sposób), na której całkiem wprawnie gra. Nie żeby miała jakiś wybitny talent – po prostu trenuje już od jakiegoś czasu. Potrafi też całkiem nieźle śpiewać, choć jej głos zdecydowanie lepiej pasuje do łzawych ballad niż uwielbianej przez nią muzyki ciężkiej.
Po siódme: sprawiedliwa. Oczywiście na swój własny sposób. Milia nigdy nie skrzywdzi nikogo, kogo uzna za dobrą osobę. Uwielbia za to polowania na przestępców, sprawców przemocy, psychopatów i inne Hollowy. Ma wtedy poczucie, że robi coś, co robić się powinno, że czyni świat nieco lepszym. To, że przy okazji może się najeść jest jakby wisienką na torcie. W praktyce oznacza to jednak, że szukanie pokarmu jest dla Milii nieco trudniejsze. Nie może, jak jej pobratymcy, po prostu zgarnąć kogoś z chodnika – musi się wpierw upewnić czy ewentualna ofiara jest złym człowiekiem. Sprawa ma się nieco łatwiej z innymi Pustymi – tutaj w dziewięćdziesięciu procentach przypadków można założyć, że mają na sumieniu całkiem sporo. Sama Nietoperzyca lubi myśleć, że jest potworem polującym na potwory. Brzmi całkiem cool, nieprawdaż?

Ekwipunek: Gitara sztuk jedna oraz odtwarzacz mp3.


Historia:

Milia siedziała wygodnie oparta o parkowy murek i stroiła gitarę. Smukłe palce pracowały ze spokojną pewnością typową dla osób, które robią coś po raz tysięczny. Było ciepło i słonecznie więc wszędzie roiło się od ludzi korzystających z uroków lata. Kobieta w zadumie przyglądała się dwójce na oko dziesięcioletnich dziewczynek bawiących się ze szczenięciem pekińczyka. Dzieciaki biegały sobie beztrosko śmiejąc się kiedy piesek próbował je gonić. Stanowiły uosobienie wolności i beztroski.
- Czasy się zmieniają, hm? - Mruknęła Milia ostrożnie odkładając nastrojoną gitarę i unosząc swą śniadą twarz ku słońcu.
Pamiętała własne dzieciństwo. To było jakieś trzy szmaty czasu temu...a może jeszcze dawniej? Japonia wyglądała wtedy zupełnie inaczej. To nawet zabawne, że po tych wszystkich latach wciąż miała jakiekolwiek wspomnienia z tamtych czasów. Było to zapewne możliwe dzięki temu, że sporo z nich spisała. Ot tak, żeby nigdy nie czuć bolesnej pustki, jaka powstanie, gdy zapomnimy o swoich korzeniach.
Urodziła się w tym samym mieście, w którym obecnie przebywała, czyli Karakurze w roku 1870. Była córką szanowanego cieśli – Inoriego Setsoriego oraz jego żony Nuriko. Matka wspominała chyba kiedyś, że poród przebiegł bez większych komplikacji. „Poród bez komplikacji” to w sumie zabawne określenie. W końcu jak wydarzenie, któremu towarzyszy tyle bólu, krwi, krzyków i przekleństw można określić jako „bez komplikacji”? Milia była prawie pewna, że ten termin musiał wprowadzić jakiś facet. W każdym razie urodziła się, a rodzice dali jej na imię Tsukiko. Ponoć była pulchnym i zdrowym dzieckiem, które sporo jadło i jeszcze więcej płakało. Rosła szybko i nieco wcześniej niż jej rówieśnicy nauczyła się chodzić. Matka wyznała jej kiedyś (z dziwnie czułym uśmiechem), że miała wielkie problemy z jej upilnowaniem. Żartowała, że nigdy nie spotkała dziewczynki z takim talentem do ucieczek zakończonych odnajdowaniem się w najmniej spodziewanych miejscach. Kiedyś ponoć znalazła ją w rogu szopy na drewno, gdzie ze skupieniem właściwym tylko dzieciom i gorylom górskim wpatrywała się w kotkę karmiącą młode. Miała też ponoć tendencję do mamrotania do siebie oraz długotrwałego wpatrywania się w jedno miejsce.
Teraz, kiedy o tym myślała, matka musiała ją naprawdę bardzo kochać. Jednym z pierwszych wspomnień, które Milia przechowywała gdzieś w odleglejszych magazynach pamięci była jej twarz pochylona nad czajnikiem ze świeżo parzoną herbatą. To był miły obraz. Niósł ze sobą spokój i ciepło. Zupełnie jak ognisko, które jakaś dobra dusza rozpaliła w środku ciemnego lasu.
Jeśli o ojca chodzi to Milia miała do niego mieszane uczucia. Czy ją kochał? Zapewne. Nigdy jej nie bił, nie szczędził też pieniędzy na jej wychowanie. Zawsze czuła jednak, że w jakiś dziwny sposób go zawiodła. Dopiero w wieku kilkunastu lat dowiedziała się czemu. Ojciec nieco przesadziwszy z sake stał się trochę za bardzo ekstrawertywny i bełkocząc z lekka wyznał, że tak naprawdę zawsze chciał syna. Nie znaczy to oczywiście, że źle życzył swojemu jedynemu dziecku. Dokładał wszelkich starań, by Tsukiko stała się wartościową kobietą i dobrą żoną dla przyszłego męża.
Prawdę powiedziawszy, matka również bardzo się starała, aby tak było. Dziewczynka od najwcześniejszych lat uczyła się więc jak gotować, prać i dbać o dom. Rodzicielka próbowała jej pokazać przyjemność wynikającą z tych prostych lecz niezbędnych czynności oraz z całkowitego poświęcenia się mężowi i dzieciom. Tsukiko tego nie kupowała. Wolała się włóczyć, grać w różne chłopięce gry i walczyć na kije. W tym właśnie leżał problem – mała za nic w świecie nie chciała wyrosnąć na porządną kobietę.
Wtedy nie było jednak innej drogi. Mogła albo zostać czyjąś żoną, albo przestać być człowiekiem i uprawiać zawód gejszy lub kurtyzany. Kurtyzany nosiły co prawda kosztowne kimona i piękny makijaż, ale ojciec szybko uświadomił Tsukiko, w jaki sposób zarabiają na takie luksusy. Cóż, takie były wtedy czasy. Mężczyzna stanowił główną władzę wykonawczą, kobieta natomiast zajmowała się tym, aby dom wyglądał jak należy, posiłki były gotowe na czas, a herbata zaparzona jak trzeba. Miała też rodzić zdrowe dzieci i dbać o to, aby wyrosły one na jeszcze zdrowszych dorosłych przyczyniających się do narodzin kolejnych zdrowych dzieci. Ot, taki zdrowotnie – reprodukcyjny  krąg. Wielu współczesnym paniom taka egzystencja wydałaby się koszmarem, jednak ówczesne dziewczęta zwyczajnie nie znały innego życia. Taki był należyty porządek społeczny.
Ostatecznie Tsukiko wyrosła na śliczną młodą kobietę całkiem dobrze radzącą sobie z prowadzeniem gospodarstwa domowego. To, że nigdy do końca nie pogodziła się ze swoim losem nie miało tu większego znaczenia dla nikogo poza panią Setsori, która nigdy nie przestała czuć lekkich wyrzutów sumienia. Niedługo przed śmiercią wyznała córce, że szczerze żałowała stępienia jej żywiołowego, niezależnego charakteru. Pan Setsori nie miał takich problemów.

Milia przeciągnęła się tak mocno, że aż strzeliły stawy. Dziewczynki nieco jej się już znudziły więc poszukała sobie innych obiektów do obserwowania. Takich jak na przykład para młodych, na oko szesnastoletnich, zakochanych wpatrzonych w siebie jak kruki w trzydniową padlinę. Kobieta pokręciła głową uśmiechając się mimowolnie.
W ich wieku była już mężatką. Ojciec wydał ją za jednego z pomniejszych urzędników. Nazywał się Tsubasa Yaragi i wedle wszelkich prawideł był dobrym, porządnym człowiekiem. Nie bił żony, rzadko pił alkohol i zawsze dbał o to, aby w domu nie brakowało pieniędzy. To nie wystarczyło jednak, aby Tsukiko szczerze go pokochała. Mimo, iż lata starannego wychowania nauczyły ją podporządkowywania się regułom nie potrafiła nie dostrzec, że jej małżonek był po prostu niezbyt interesującą osobą. Nie miał zbyt rozbudowanego poczucia humoru a ich rozmowy dotyczyły z reguły błahostek życia codziennego. Lubił też opowiadać o swojej pracy, zupełnie jakby sporządzanie dokumentów i przyjmowanie petentów było ciekawym tematem konwersacji.
Ich małżeństwo nie należało do specjalnie namiętnych, ale mimo to dorobili się trójki synów. Tsukiko żyła więc z dnia na dzień, z roku na rok, piorąc, gotując, dbając o dom, męża i dzieci. Chodziła na targ, zajmowała się gośćmi małżonka, a wszystko to robiła z mocno upiętymi włosami i uprzejmym uśmiechem. Czuła się jak ptaszek zamknięty w malutkim pudełku.
W tym wszystkim miała tylko jedną rzecz, którą zachowała dla siebie, swój dar. Od zawsze widziała zmarłych i przez całe wczesne dzieciństwo nie umiała ich odróżnić od żywych. Byli dla niej po prostu kolejnymi ludźmi. Dopiero później zaczęła dostrzegać subtelne różnice, takie jak lekka przeźroczystość, albo kawałek łańcucha wystający z piersi. Nie budzili w niej strachu – w końcu, żywi czy martwi, nadal zachowywali swoją osobowość. Osoby miłe za życia z reguły pozostawały takie nawet po gwałtownej randce ze Żniwiarzem więc czego tu się bać? Czasami, gdy była całkiem sama, lubiła rozmawiać z napotkanymi duchami i słuchać ich historii. Ba, raz czy dwa zdarzyło jej się nawet zwierzać jakiejś wyjątkowo empatycznej duszyczce. W końcu kto umie dotrzymywać tajemnicy lepiej niż umarli?
Życie toczyło się powoli a Tsukiko robiła wszystko co robić musiała. Dzieci rosły w oczach, mąż łysiał z wolna, a ona sama ledwie znajdowała w sobie ochotę, aby wstawać rano. W polityce kraju  zachodziły, co prawda liczne zmiany, ale w Karakurze panował spokój. Nuda, szarość i stagnacja przeplatały się ze sobą. Potem przyszedł rok 1899.
Dzień był deszczowy i chłodny. Szare chmury zasłoniły słońce niczym stara, poszarzała od brudu szmata. Pani Tsubasa pochylała się właśnie nad kociołkiem pełnym wrzącej wody i spokojnym, metodycznym ruchem przesypywała doń zawartość małego worka z ryżem. Panowała cisza przerywana tylko bulgotaniem wrzątku, trzaskiem ognia oraz szumem ocierających się o siebie ziarenek. Potem Tsukiko usłyszała ryk. Właściwie nie wiedziała jak nazwać ów dziwny, nieco echowy odgłos, który zdawał się rezonować bardziej w jej głowie niż uszach, poczuła jednak jak jakaś pierwotna, zwierzęca część jej duszy zadrżała w przerażeniu. Nim zdążyła cokolwiek zrobić ściana domu eksplodowała zasypując ją drzazgami i kawałkami papieru. Siła uderzenia odrzuciła ją na drugą stroną pomieszczenia, gdzie z impetem uderzyła w niewielki stolik łamiąc go. Wrzątek z przewróconego kociołka poparzył jej prawą dłoń i udo, powietrze przez chwilę zrobiło się gęste i gorące od pary. Wtedy dziewczyna zobaczyła oczy. W niczym nie przypominały dobrze jej znanych ludzkich narządów wzroku. Były wielkie jak pokrywki koszy i pałały słabym pomarańczowym blaskiem. Tsukiko wpatrywała się w nie niczym ćma w płomienie. Opadająca para powoli odsłaniała białą jak kość maskę, w której ziały otwory oczu. Przypominała łeb olbrzymiego karpia, z tą różnicą, że ryby zwykle nie mają szerokich jak łopaty zębów.
- Tu jesteś, kochanieńka! - Ucieszył się upiór. - Szukałam Cię cały dzień!
Jego głos przywodził na myśl starszą, dobroduszną kobietę. Bardzo dużą, nienaturalnie uradowaną staruszkę, która połknęła wielką tubę.
- Nie chciałam niszczyć tak czyściutkiego domu, ale sama rozumiesz jak to jest... - Paplało monstrum wsuwając do otworu wielką, błoniastą łapę – Każdy musi jeść!
Dziewczyna wrzasnęła i zaczęła na poły idąc, a na poły pełznąc, uciekać przed siebie. Gdziekolwiek, byleby nie ku tym pomarańczowym ślepiom i skórzastym palcom! Nie miała zbyt wielkich szans. Poczuła jak silne paluchy zaciskają się na jej prawej nodze i ciągną w tył. Próbowała walczyć, kopać, paznokciami czepiać się podłogi. Wszystko na nic. Po krótkiej chwili wisiała głową w dół, a krew z jej zdartych do gołego mięsa palców kapała na ziemię. Niema z bólu i przerażenia wpatrywała się w potworne oblicze istoty. Stwór przechylił głowę i się uśmiechnął. Cóż, nie dosłownie. Kościane maski są raczej sztywne i trudno mówiąc w ich wypadku o mimice. Nie mniej monstrum zdecydowanie się uśmiechnęło. Po prostu promieniowało falami czystego uśmiechu.
- Po co tak się rzucasz, dziecko? - Zagruchała poczwara – Sprawiasz sobie więcej bólu. To naprawdę nie potrwa długo!
Mówi się, że w takich chwilach całe życie przepływa ludziom przed oczyma. Otóż nie. Przynajmniej nie w wypadku Tsukiko. W tym konkretnym momencie istniały dla niej tylko pałające ślepia i absurdalnie wielka jaskinia paszczy. Ogromny różowy ozór przesunął się po szerokich zębach. Wyglądał jak gigantyczna dżdżownica.
Nagle poczuła coś dziwnego. Zupełnie jakby jakaś istota chciała się wydostać z jej ciała przez pory skóry. W uszach słyszała jednostajny szum, który prawie na pewno był za głośny, aby mogła go powodować spływająca do głowy krew. Jej umysł stopniowo odzyskiwał ostrość, a mięśnie wyrywały się z bolesnego otępienia. W głowie pojawiła się paląca niczym płomień myśl: „Walcz! Żyj!”. Wtedy szczęki potwora zacisnęły się na jej ciele i oderwały jego górną część od dolnej mniej więcej pod linią żeber. Prawdopodobnie bluznęła wtedy krew. Być może dało się słyszeć trzask łamanego kręgosłupa i mokry dźwięk wydawany przez rozrywane tkanki. Być może. Tsukiko już tego nie słyszała. To całkiem naturalne, gdy się nie żyje.
Teraz gdy o tym myślała Milia była zadziwiona tym, że podczas całej tej przerażającej sceny jej dawne ja nie pomyślało o mężu ani dzieciach. Zgodnie z przyjętym obecnie przez filmowców i pisarzy podejściem powinna wtedy skupić się na zapewnieniu bezpieczeństwa swojej rodzinie. Tak powinna się zachowywać dobra matka i żona. Cóż, w tej chwili niewiele mogła już na to poradzić, co nie? Przeminęło z kęsem. Potem było już tylko dziwniej.
Leżała na czymś chłodnym. Trudno było stwierdzić, czy było to twarde czy miękkie. Z całą pewnością nie było płynne. Raczej niełatwo jest się wylegiwać na większości płynów. Odruchowo otworzyła oczy i wpatrzyła się w przestrzeń. „Przestrzeń” to chyba najlepsze słowo, jakiego można tu użyć. Było w niej sporo ciemności z tą różnicą, że zdawała się ona świecić. Jak ciemność może świecić? Zapewne nie może. Co nie znaczy, że tym razem tego nie robiła. Panowała też absolutna, nie zmącona niczym cisza.  Jeśli to były zaświaty to raczej nie wyglądało na to, by życie po życiu dawało przesadnie wielkie możliwości. Tsukiko niespecjalnie wiedziała co ma robić, więc zastosowała uniwersalne zachowanie osób, które trafiły do dziwacznych miejsc.
- H-halo? Jest tam kto?
I wiecie co? Coś tam było. Nawet dwa cosie. Pierwszy z nich wyłonił się tuż przed twarzą dziewczyny. Był to samuraj w pełnym pancerzu i w tradycyjnym hełmie przypominającym wąsate oblicze. Promieniowały od niego spokój, nieugiętość i trudny do opisania smutek.
- Witaj, Tsukiko. Szkoda, że nie mieliśmy okazji się poznać aż do chwili, gdy było już za późno. - Głos wojownika rozlegał się bezpośrednio w jej umyśle zupełnie gwiżdżąc na oburzone uszy.
Tsukiko spojrzała na samuraja szerokimi oczyma i spytała...
- Kim jestem, co? Tobą. Właściwie pewną częścią ciebie. - Odparł mężczyzna nim pytanie zdążyło opuścić jej głowę – Całkiem silną, pragnę nadmienić. No i, rzecz jasna, całkowicie zmarnowaną. Przez te wszystkie lata miałem nadzieję, że napotkasz na swojej drodze kogoś, kto pomoże ci mnie poznać i zrozumieć. Cóż za pech, prawda? Niestety nie mamy już czasu na pogaduszki. On tu jest.
Ów on pojawił się za jej plecami. Nie widziała go, ale czuła każdym kawałkiem swojego, nieco w tej chwili zagadkowego jestestwa. To było jak kotłująca się zimna mgła o nieokreślonym kształcie. Obejmowała ją lekko i powolutku, niemalże niezauważalnie zalewała całe jej, z braku lepszego słowa, ciało. Poczuła jak w jej gardle wzbiera dziwna, mroźna fala czegoś gęstego. Jak podobna substancja napływa do kącików jej oczu oraz do nozdrzy. Poczuła też głód. Nie taki zwykły, który można ugasić miseczką ryżu i czarką herbaty. To był głód kogoś, kto nie miał nic w ustach od stuleci. Na swój sposób był po prostu kolejną formą bólu.
- Nie zdążyłem nas uratować. - rzekł samuraj wpatrując się w nią z wyczuwalną rozpaczą – Lecz jest jeszcze jedna rzecz, którą mogę zrobić. Mogę ocalić cząstkę Twojego człowieczeństwa.
Zamaskowany wojownik przytknął hełm do jej czoła i wpatrzył się w jej oczy. Nie miał własnych, a mimo to puste wizjery hełmu wydawały się wyrażać wszystkie możliwe uczucia.
- Zwą mnie Nieugiętość. - Wyszeptał powoli obejmując ją swoim jestestwem. - Przykro mi, że nie mogliśmy walczyć razem.
Nie było żadnej eksplozji ani rozbłysków światła. Tylko kolejny przeskok pomiędzy rzeczywistościami. Trochę jakby przysnęła i obudziła się w innym miejscu. Nie była już jednak Tsukiko. Ba, nie była już nawet człowiekiem! Skąd wiedziała? Cóż, dobre pytanie. W tej chwili czuła się tak, jakby wiedziała to od zawsze. No, jedno spojrzenie na jej dłonie także było dobrą wskazówką. Ludzie z reguły nie mają czarnych, błoniastych skrzydeł jak u nietoperzy. Ani szponiastych dolnych kończyn. Ani wyczuwalnie ruchomych uszu.
- M-milia – Mruknęła dziwnie echowym a zarazem piskliwym głosem – Milia.
To było jej nowe imię. Nie wiedziała skąd je wzięła, ale wedle wszelkich prawideł było to coś, co spłynęło na nią wraz z nową postacią. Z jakiegoś powodu nie czuła też strachu ani roztrzęsienia. To było jak instynkt, który sprawia, że wilcze szczenie od początku wie, czym jest. Milia, na przykład była Hollowem. Była też głodna.
Rozejrzała się by sprawdzić, gdzie się znajduje. Pustynia pełna białego piasku, księżyc w pełni unoszący się na bezgwiezdnym niebie. Nie był to zbyt pasjonujący krajobraz.
- Oho! Kogo my tu mamy? - Zarechotał ktoś za jej placami – Nowicjusz?
Odwróciła się tak szybko jak mogła. Akurat by w porę zblokować cios masywnego łapska jakiegoś innego Hollowa. Łapa stwora trafiła w jej prawe skrzydło, które wedle wszelkich zasad ogólnej skrzydłowatości powinno pęknąć niczym bambusowy wachlarz. Ale nie pękło. Rozległ się dźwięk, jakby ktoś zdrowo przywalił w żelazną blachę. Przeciwnik odskoczył wyraźnie skonsternowany.
- Nieźle. - Warknął – Całkiem całkiem.
Milia mogła się mu teraz przyjrzeć. Był średniego rozmiaru Hollowem przypominającym nieco pomiot człowieka i dzika. Jego maska przywodziła na myśl świński łeb zaopatrzony w dwa spore kły, a czarne ciało było na karku porośnięte brunatną szczeciną. W tej konkretnej chwili szarżował na nią jak rasowy leśny knur. Odruchowo przeskoczyła nad potworem i gwałtownie machnęła skrzydłami nabierając wysokości. Uczucie na chwilę zaparło jej dech w piersiach. Umiała latać!
Wydała z siebie radosny ryk, który mógł się kojarzyć z jakąś wyjątkowo demoniczną wersją nietoperzego popiskiwania i jeszcze kilka razy machnęła skrzydłami aby wznieść się jeszcze wyżej. Poczuła nagłą ochotę by zapikować na przeciwnika i chlasnąć go skrzydłem. Nie wiedziała skąd brało się to uczucie, ale nie widziała sensu w opieraniu się mu. Na chwilę zawisła w powietrzu wpatrując się w cel, po czym przechyliła się do przodu i zanurkowała głową w dół. Suche powietrze świszczało w jej spiczastych uszach a czysta radość z pędu buzowała w żyłach. Wyrównała lot by nie walnąć w piasek, po czym pomknęła w stronę dziko-człeka starając się smagnąć go końcówka prawego skrzydła. Przeciwnik uskoczył w ostatniej chwili. Nie dość szybko. Zakończona krótkimi, mocnymi palcami łapa wylądowała na piasku wraz ze sporą plamą czarnej krwi. Hollow zawył zaciskając drugą dłoń na bryzgającym krwią kikucie. Milia ponownie wzniosła się ku górze i spokojnie wycelowała w okaleczony cel.
- Ty cholerna...! - Ryknął stwór desperacko próbując wymierzyć w nadlatującą przeciwniczkę.
Nie skończył bo kolejny cios skrzydłem ciął jego klatkę piersiową niczym rozpędzony miecz. Dziko-człek opadł na ziemię krztusząc się własną posoką.
- … - Wykrztusił.
Ostatnim co widział było pochylające się nad nim kościane oblicze przypominające biały pysk nietoperza.
Tego dnia (Lub nocy, kto wie? W Hueco Mundo różnica między nimi polegała najpewniej na natężeniu światłą księżycowego, kierunku ruchu piasku albo tym podobnych detalach. Nie żeby Hollowom robiło to wielką różnicę.) Milia przekonała się jak wspaniale może smakować kanibalizm.

Otworzyła oczy. Słońce powoli chyliło się ku zachodowi. Miała jeszcze jakieś dwie godziny zanim się ściemni.
Pamiętała jak przez pewien czas obserwowała swojego dawnego męża i synów. Widziała jak szanowny wdowiec z czasem zaczyna się rozglądać za nową sympatią, a synowie powoli dorastają i rozpoczynają samodzielne życie. Znakomicie radzili sobie bez niej. Nie wiedziała czy to wynik przemiany czy jakiejś cechy jej charakteru, ale nie czuła smutku. Po prostu każde z nich musiało pójść swoją drogą. Taka kolej rzeczy.
- Robię się sentymentalna. - Mruknęła pocierając kark. - Jak tak dalej pójdzie to zacznę opowiadać pierdoły o starych dobrych czasach i tym podobnych bezsensach.
Chwyciła gitarę i niespiesznie ułożyła palce na strunach. Brzęknęła kilka razy na próbę, poprawiła uchwyt i powierciła się nieco by uzyskać idealnie wygodną pozycję po czym zaczęła się zastanawiać nad wyborem utworu. Osoba, która z jakiegoś powodu zechciałaby  obserwować dziewczynę mogłaby niemalże dojrzeć trybiki obracające się za jej zmarszczonym czołem oraz żarówkę materializującą się nad głową w chwilę później.
- To you I'm all I've left undone. - Zaśpiewała czystym, dość delikatnym głosem. - I'm all I haven't won. Lift me up, my soul is so hollow. Lift me up...*
Milia zawsze żałowała, że nie umie śpiewać nieco niższym, głębszym głosem. W jej wykonaniu wszystkie piosenki przypominały spokojne ballady. Nie słuchało się ich źle, ale były mniej więcej tak ciężkie jak hel. Dziewczyna prawdopodobnie lepiej spisałaby się w jakiś łzawych kawałkach o miłości i rozstaniu. Każda osoba, która spróbowałaby jej to powiedzieć mogła liczyć na mroźne spojrzenie i rozgrzewający kopniak w miększą część pleców. Niektórzy po prostu nie potrafią się pogodzić z rzeczywistością.
Kolejne piosenki odliczały czas do zachodu słońca. W końcu park zalała ciemność, którą szybko rozświetlił romantyczny blask lamp. Miejsce, w którym siedziała Milia było puste. Ludzie o szczególnej wrażliwości mogliby jednak usłyszeć łopot olbrzymich skrzydeł.

***

Kazuya stał oparty o drzewo i nasłuchiwał. Powolny stukot obcasów odbijał się echem od parkowych drzew. Dla niego brzmiał jak muzyka. Wychylił się ostrożnie i spojrzał na deptak. Szła nim młoda, może siedemnastoletnia dziewczyna. Miała na sobie jeansy i prosty biały podkoszulek, a czarne włosy związała w kucyk. Poruszała się powoli i chwiejnie, a w świetle latarni widział łzy spływające po jej policzkach. Czyżby konflikt z chłopakiem? A może rodzice nie chcą zrozumieć jej nastoletnich problemów? Nieistotne. On – Kazuya Matomori, z radością pocieszy jej biedne, zranione serduszko. Na przykład przy użyciu pałki, noża, taśmy klejącej i kawałka sznurka, które miał przy sobie. Jak dotychczas było to jego trzecie polowanie. Dwa wcześniejsze skończyły się całkiem dobrze. Policji nie udało się jak dotąd znaleźć ciał. Głównie dlatego, że zawsze zabierał je ze sobą, ćwiartował i chował w sporej lodówce.
- Raz...dwa... - odliczał w myślach. - trzy...
Nonszalancko wyszedł zza drzew i zaczął niespiesznie zbliżać się do płaczącej dziewczyny. Widział jej szczuplutkie ramiona wstrząsane szlochem. Sygnały z dolnych partii ciała dały mu znać, że owszem, to jest właśnie ta , której dziś szukał. Tyle mu wystarczyło.
- Przepraszam cię, kochanie. - Zagadnął miłym w jego mniemaniu tonem. - Wszystko ok?
Nastolatka odwróciła się i spojrzała na niego. Jej twarz była maską zaskoczenia, która szybko zmieniła się w oblicze zgrozy. Oho, dostrzegła nóż. Próbowała uciekać. One zawsze próbują. Tak jakby to mogło im pomóc. Dogonił ją kilkoma susami i z uczuciem triumfu przystawił nóż do jej gardła.
- Plan jest taki. - Wyszeptał podniecony. - Pójdziemy za tamte drzewa, gdzie z wielką radością dasz mi wszystko o co poproszę. Nie będziesz krzyczeć bo wtedy ten nóż może się ześliznąć i poderżnąć twoje gładziutkie gardło. Zrozumiałaś?
Chyba nie pojęła bo zaczęła się szarpać. Czy te cholerne suki zawsze muszą wszystko utrudniać? Trzasnął ją pięścią. Potem poprawił. Później dodał trzeci cios, po którym dziewczyna wyraźnie się uspokoiła. Smarkała jedynie i łkała z cicha, ale hej, takie je lubił! Objął ją mocno i zaczął ciągnąć w kierunku drzew. Nie mówił nic więcej. Słowa mogłyby zepsuć romantyzm sytuacji. Jego była żona była w tym specjalistką.
Nagle do jego uszu dotarł jakiś dziwny, jakby odległy dźwięk. Brzmiał trochę, jakby ktoś machał dwiema płachtami materiału. Rozejrzał się czujnie na wszelki wypadek przyciskając dłoń do ust ofiary. Deptak był pusty.
Potem coś  mocno chwyciło go za ramiona. Poczuł jak jakieś ostrza wpijają się w jego skórę, a potem mięśnie. Ból sprawił, że puścił dziewczynę, która zatoczyła się i upadłą na kolana, po czym wbiła w niego na pół przytomne spojrzenie. Poczuł jak jego nogi tracą oparcie a ból w ramionach nasila się powoli, acz skutecznie przebijając tępą barierę zdziwienia. Wrzasnął przeraźliwie patrząc na swojej dyndające w powietrzu stopy. Ziemia wyraźnie się od niego oddalała. Jakaś dziwna siła niosła go w głąb parku.
- Puszczaj mnie! - Ryknął próbując unieść ręce.
Ostre szpony (Z jakiegoś powodu był pewien, że to szpony.) zacisnęły się mocniej wydobywając z niego kolejny nieartykułowany okrzyk i zmuszając do znieruchomienia. W chwilę potem został wypuszczony i z wrzaskiem upadł na płytki chodnikowe. Usłyszał głośny trzask. Pewnie coś sobie złamał.

***

Milia wylądowała w pewnej odległości od ciała mężczyzny i złożyła skrzydła. Lśniące pomarańczem oczy wbiła w rosnącą powoli plamę krwi wypływającej z rozbitej czaszki. Przy ciele coś się poruszyło. Mężczyzna stanął nad własnymi zwłokami tępo wpatrując się we własne martwe oblicze.
- Co do... - wydyszał histerycznie.
- Nie żyjesz, kotku. - Rzuciła tonem wyjaśnienia. - Spadłeś z jakiś dziesięciu metrów i rozbiłeś sobie łeb.
Mężczyzna uniósł głowę i spojrzał na nią. Wrzasnął obłąkańczo, zatoczył się i klapnął na ziemię z gracją niemowlęcia uczącego się chodzić. Jego usta otwierały się i zamykały w bezskutecznej próbie wydobycia z gardła jakiegokolwiek dźwięku.
-  Co się stało, skarbie? - Zagadnęła przechylając łeb na prawo. - Nie wydawałeś się szczególnie nieśmiały.
Milia wpatrywała się w duszę początkującego seryjnego mordercy. Mężczyzna był średniego wzrostu i miał lekką nadwagę. Łysiał zakolami przez co jego czoło wydawało się bardzo wysokie. Na akcję ubrał się w czarny sportowy dres i adidasy. Wyglądał jak uosobienie populacji czterdziestolatków próbujących znowu nabrać formy. Za jakiś czas zostawiłby po sobie jakiś ślad i media oraz policja załapaliby, że mają do czynienia z nowym seryjnym mordercą. Szybko nadano by mu jakiś budzący grozę pseudonim typu: „Wampir z Karakury” albo „Karakurski Kosiarz”. W wyobraźni typowego zjadacza ryżu stałby się pewnie śmiercionośnym cieniem, który skrada się niczym czarna pantera i atakuje jak pikujący sokół. Dla niej był tylko kolejnym frustratem, który nie radził sobie w kontaktach damsko-męskich. To zadziwiające jak wielu mężczyzn wolało przyjąć, że kobiety są złe miast zauważyć własną nieudolność. Frajerzy. Dusza tego konkretnego cuchnęła złem, pożądaniem i pragnieniem władzy. Hollow aż się oblizała. Zaczęła obserwować okolicę odkąd na słupach pojawiły się pierwsze plakaty z rzucającym się w oczy napisem: „zaginęła”. Spędzała kupę czasu patrolując miejsca, w których ostatnio widziano zaginione osoby. Zwykle jedynym widocznym efektem była strata czasu, ale hej, była demonicznym bytem! Miała cały czas tego świata by polować na ulubiony rodzaj pokarmu. Teraz nadszedł czas kolacji...
***
- Nie. - Jęknął Kazuya patrząc jak monstrum przed nim rozpościera błoniaste skrzydła. - Nie! Nie! Nie!
Próbował się podnieść i uciekać, ale jedyne co osiągnął to drżenie całego ciała (Mowa rzecz jasna o ciele duchowym. Zapewne składało się z ektoplazmy, ale że empiryczne badania nad ludzką duszą przysparzają pewnych trudności, ciężko stwierdzić.). Potwór odbił się od ziemi i poszybował w jego stronę. Mógł zobaczyć każdy szczegół jego białego oblicza. Każde mignięcie jarzących się ślepi. Każdy skurcz skrytych pod czarną skórą mięśni. Uszy miał pełne łopotu skrzydeł.
- NIIEEEEEEEEEE! - Ryknął jeszcze nim szczęki zacisnęły się na nim, a ruch skrzydeł uniósł go w powietrze.

***

Policjanci z konsternacją badali miejsce zbrodni. Technicy dokonywali pomiarów, pobierali próbki, robili zdjęcia i rozciągali wszędzie legendarną już żółto-czarną taśmę. Nic tu nie miało sensu. W jaki sposób ten oto domniemany napastnik seksualny (Tak przynajmniej twierdziła histeryzująca nastolatka, która powiadomiła ich o przestępstwie.) zdołał wzlecieć na jakieś dziesięć metrów, przefrunąć mniej więcej ćwierć kilometra w głąb parku po czym efektownie zapikować głową w dół na chodnik? Plecak odrzutowy? Brak. Motolotnia? Nieobecna. Sypiące śnieżnobiałym pierzem anielskie skrzydła rodem z anime? Tak, jasne. Pozostawała jeszcze sprawa kilku głębokich, symetrycznych ran na jego ramionach i plecach. Wyraz śmiertelnego przerażenia na twarzy wcale nie poprawiał sytuacji.

***

Aiko precyzyjnie wsypywała trutkę na szczury do termosu ze świeżo zaparzoną zieloną herbatą. Musiała być dokładna – za mała dawka mogłaby wszystko spowolnić, a zbyt duża zapewne dałaby objawy tak oczywiste, że cały plan wziąłby w łeb. Zgodnie z instrukcjami, które wygrzebała w przepastnej otchłani internetu miała przed sobą jeszcze z miesiąc regularnego doprawiania rozmaitych napojów i potraw. Potem jej małżonek kopnie w kalendarz a ona zgarnie kasę oraz upragnioną wolność. Nigdy więcej nie będzie musiała się uśmiechać do tej nudnej ofiary losu ani zgrywać perfekcyjnej pani domu. Aiko od lat miała dość swojego małżeństwa. Gorou, którego miała nieszczęście poślubić był tak beznadziejnie nudny, że aż mdliło. Ciągle pracował, a w nielicznych wolnych chwilach nie potrafił gadać o niczym niż ojcostwo. Tak mu się spieszyło by ją zbrzuchacić, że aż niedobrze się robiło. Nigdy nie umiał zrozumieć, że ona jakoś nie chciała się zajmować żadnym wrzeszczącym paskudztwem. Na szczęście istniały odpowiednie leki. Pewnie już dawno dałaby mu kopa w dupsko, ale nieco zbyt nawykła do pięknego domu, garderoby pełnej ubrań oraz słodkiego lenistwa. Tak długo jak  żył Gorou mogła jedynie wybierać między życiem w nędzy albo nudną, ale pozłacaną klatką ich małżeństwa. Wolała więc trzecią opcję.
- Ding. - oznajmił dzwonek do drzwi.
Aiko zaklęła pod nosem. Kto to mógł być? Nie oczekiwała żadnych gości, kurierów czy listonoszy. Może – kobieta zadrżała – ktoś się domyślił i nasłał na nią policję? Nie, to niemożliwe, prawda? Była bardzo staranna i ostrożna. Zawsze usuwała historię przeglądarki oraz maile od aktualnych kochanków. Może o czymś zapomniała? Szybko zakręciła pojemnik z trutką i ukryła go na tyłach szafki pod kuchennym zlewem.
- Już idę! - zawołała nieco wyższym głosem niż zamierzała. - Chwileczkę!
Pospiesznie umyła ręce aby mieć absolutną pewność, że nie zostaną na nich drobinki trucizny po czym wyszła do przedpokoju. Zerknęła na ekran video-domofonu. Widniał na nim podjazd, wycieraczka oraz niewielka sadzawka, nie zauważyła za to nikogo. Wbrew jej obserwacjom dzwonek odezwał się ponownie, a potem kolejny raz.
- Awaria? - spytała samą siebie niepewnie podchodząc do drzwi.
Miała niejasne przeczucie, że coś się za nimi czai. Trochę jak podczas oglądania horroru kiedy narastająca piskliwa muzyka informuje widza, że zaraz coś się stanie. Kiedyś pewnie zadzwoniłaby po policję, ale obecnie jakoś nie uważała ich za swoich najlepszych przyjaciół. Zamiast tego powolutku podeszła do drzwi i uchyliła je lekko. Coś naparło na nią z siłą rozpędzonego zapaśnika wpychając z powrotem do przedpokoju. Upadek na chwilę pozbawił ją tchu. Gdy się ocknęła leżała obok czyjegoś ciała. Drewniane panele powolutku znikały pod rosnącą plamą czerwieni. W panice spojrzała na twarz nieboszczki. Była przerażająco znajoma.

***

Milia cieszyła się, że los obdarował ją zdolnością przekształcania skrzydeł w szponiaste ręce. W tym wąskim przedpokoju umiejętność lotu przydałaby się co najwyżej papużce falistej. Cokolwiek większego narobiłoby sporo hałasu. Odruchowo oblizała czarne, połyskujące szpony prawicy, które dopiero co wyciągnęła z klatki piersiowej ofiary. Dzisiejsza przekąska miała na imię Aiko i musiała być pewna, że jest bardzo sprytna. Jej biedny małżonek leżał właśnie w szpitalu trawiony jakąś trudną do zidentyfikowania chorobą, z którą lekarze nie umieli sobie poradzić. Nieszczęśnik był już na etapie, w którym włosy wypadają garściami. W końcu pewnie by się domyślili, że ktoś go truł. Milia pewnie nigdy nie wpadłaby na żaden ślad tej afery gdyby nie rozmowa pomiędzy dwiema dystyngowanymi damami z sąsiedztwa, którą miała okazję podsłuchać. Rozmawiały o biednym sąsiedzie, który nagle podupadł na zdrowiu i wylądował w szpitalu. A przecież zawsze tak o siebie dbał! Plotki same w sobie mogły oznaczać dokładnie nic, ale Milia była bardzo podejrzliwa i wolała z góry zakładać, że za każdym nagłym nieszczęściem stoi jakiś człowiek i z makiawelistycznym uśmiechem zaciera ręce. Czasami można było w ten sposób trafić na naprawdę zabawne kąski. Na przykład takie jak Aiko. Znała takie przypadki. Piękne, zgrabne jak cholera dziewczęta z buziami ślicznymi jak zdjęcie samego raju i serduszkami brudniejszymi niż zawartość szamba. Skupione na własnych kaprysach suki wierzące, że świat i ludzie istnieją tylko po to by można ich było wycyckać jak owocową gumę do żucia, a potem wypluć do klozetu.
- Hej, mała. - Zagadnęła Milia. - Oszczędzę ci nieco czasu i od razu potwierdzę: to twoje ciało leży na podłodze i krwawi z rozerwanej klatki piersiowej.
Dusza Aioko uniosła głowę i spojrzała na nią wściekle. W jej wielkich czarnych oczach nie było strachu, jedynie obłąkańcza furia.
- Słuchaj no, koleś. - Warknął duch głosem pełnym zimnej furii. - Nie wiem co to za program telewizyjny ani jakie przypadki psychiatryczne go oglądają, ale obiecuję, że mój prawnik zadba o to, byście zostali bez najnędzniejszego nawet gorsza przy duszy.
Hollow zaniemówiła. Spotykała się z różnymi reakcjami ludzi na nagły zgon spowodowany czynnikami nadprzyrodzonymi. Niektórzy panikowali, inni wpadali w stupor, jeszcze inni po prostu zaczynali uciekać nie patrząc za siebie. Nikt jednak nigdy nie spojrzał jej prosto w maskę grożąc, że poszczuje ją prawnikami. Aiko zdążyła tymczasem podejść do oniemiałej potworzycy i chwycić ją za krawędź kościanego oblicza.
- Wyskakuj z maski. - Rozkazała głosem, który mógłby skłonić ryby do stepowania. - I zdejmij ten cholerny kostium!
Duchowe palce zaczęły z godną podziwu siłą szarpać maskę Milii, która zaczęła się poważnie zastanawiać czy aby na pewno nie znajdują się właśnie w jakimś pośmiertnym wydaniu „Ukrytej kamery”. Cała sytuacja aż się prosiła o wypacykowanego prowadzącego wyskakującego zza rogu aby oznajmić im, że właśnie zostały wkręcone na oczach rozrechotanych widzów. Hollow zastanawiała się co też powinna zrobić w takiej sytuacji. Postanowiła, że postawi na dobrze sobie znane kłapnięcie szczęk i przełykanie. Zwykle działało bez zarzutu.
- Nie wiecie nawet ile kosztowały te cholerne drzwi! - Kontynuowała tymczasem Aiko bez strachu starając się zedrzeć maskę z domniemanego aktora. - Nigdy w życiu się nie wypła...
Ostre pazury przebiły półprzezroczyste ciało kobiecego ducha i uniosły ją leciutko. Para szczęk zacisnęła się na jej głowie. Zapanowała cisza przerywana tylko charakterystycznymi odgłosami pożywiania się.
- Będę zaskoczona jeśli znajdziesz paragraf na to. - rzuciła Milia kiedy już skończyła jeść.
***

Milia stała oparta o mur i przyglądała się wejściu do sporego domiszcza, w którym przebywał jeden ze znanych bossów japońskiego półświatka narkotykowego. Wciąż nie mogła uwierzyć, że ktoś, przeciwko komu policja zebrała tyle dowodów nadal chodził wolno. Cóż, na tym świecie nie istnieje wiele potęg, które mogłyby się równać ze świetnie opłacanymi prawnikami. Gazety głośno rozpisywały się o całej sprawie, jednak redakcja żadnej z nich nie miała jaj, aby wyrazić cokolwiek silniejszego niż lekka dezaprobata. W końcu nigdy nie wiesz zza którego winkla wyskoczy na ciebie krwiożerczy pozew.
Przy drzwiach stało dwoje rosłych facetów w czarnych garniturach i okularach lustrzankach. Pewnie wyglądaliby nieco groźniej gdyby nie byli właśnie zajęci paleniem papierosów i śmieniem się z jakiegoś wyjątkowo zabawnego dowcipu. Milia patrzyła na nich przez chwilę, po czym pewnym krokiem ruszyła w ich kierunku.
- Cześć, chłopaki. - Rzuciła pogodnie. - Szef w domu?
Mężczyźni wyprostowali się z podziwu godną prędkością wbijając w nią spojrzenie lustrzanek.
- Pan Nokazuma jest zajęty. - Odparł Ochroniarz A, który był nieco wyższy od kolegi, ale za to wyraźnie podpadł Matce Genetyce jeśli chodzi o włosy. - Nie życzy sobie żadnych gości.
- Czy to kamera? - Wzrok dziewczyny był utkwiony w wycelowanym w nią obiektywie.
- Co cię to do licha obchodzi? - Chciał wiedzieć Ochroniarz B, który pochylił się nad nią w sposób typowy dla wszystkich silnorękich wszechświata.
Mocne, nawykłe do przytrzymywania dłonie zacisnęły się na drobnych ramionach Milii niczym dwa imadła.
- Zmykaj stąd w podskokach, głupia krowo - Warknął B, który nie był widać tak dobrze wychowany jak jego kolega.
Odziana w czarne bojówki noga dziewczyny uniosła się i zgięła z zadziwiającą prędkością. Twarde kolano uderzyło w znacznie miększe struktury biologiczne składające się na krocze nieuprzejmego strażnika. Mężczyzna kwiknął piskliwie i opadł na kolana. Milia odwróciła się płynnie uginając przy tym kolana. Teleskopowa pałka A minęła czubek jej głowy o minimetry i uderzyła w ścianę uszkadzając tynk. Gość miał sporo krzepy, nie ma co. Młoda kobieta wyprostowała gwałtownie uderzając własnym czerepem w podbródek przeciwnika. Coś chrupnęło, ale A odskoczył zabezpieczając się szerokim ciosem pałki. Ręka mężczyzny znieruchomiała wpół drogi. Wąskie, smukłe palce Milii otoczyły jego nadgarstek i zacisnęły się z siłą zupełnie nie pasującą do ich gabarytów. Uśmiechnęła się sympatycznie i wzmogła nacisk wpijając paznokcie w ścięgna przeciwnika. Ochroniarz wrzasnął, gdy w miejscu drobnej śniadej dłoni dostrzegł czarne łapsko zbrojne w lśniące szpony. Krew zaczęła najpierw skapywać, a potem wylewać się na płytki, którymi wyłożono tu ziemię. A ryknął nieludzko, po czym nagle zamilkł i przewrócił się na plecy. Milia odwróciła się i spojrzała na wciąż klęczącego B. W chwilę później bezwładne ciało z dużą siłą uderzyło w kamerę niszcząc urządzenie. Gdzieś w głębi budynku obraz na jednym z kilku ekranów ochrony zaczął śnieżyć. Ostatnim widocznym na nim obrazem była młoda, drobna dziewczyna jedną ręką unosząca dorosłego mężczyznę. Puszczała oczko do obiektywu.

***
Milia szła przez pełne drogich mebli i gadżetów pokoje. Jej masywne buty deptały po puchatych dywanach od czasu do czasu miażdżąc porzucone kieliszki, z których wystawały malutkie parasolki. Burczało jej w brzuchu. Hollow, którym pożywiła się ostatnio nie był specjalnie silny i jego dusza stanowiła raczej lekki posiłek. Teraz jednak czuła coś znacznie bardziej atrakcyjnego. Ktoś w tym domu dysponował nieprzeciętnymi ilościami energii duchowej. Ktoś tak zły i zepsuty, że Mikołaj musiałby odrzucić rózgę i ukarać go dwiema seriami z kałasznikowa. Nie mogła nawet marzyć o lepszym posiłku. Otworzyła kolejne już drzwi.
- Ognia. - rozkazał Pan Nokazuma.
Nie musiał wykrzykiwać komendy. Jako jeden z najbardziej bezwzględnych wodzów grup przestępczych w Japonii był doskonale słyszany nawet kiedy szeptał. Ludzie dookoła po prostu bardzo chcieli wiedzieć co ma do powiedzenia i czy czasami nie jest to związane z ich rychłym zgonem. Trzy karabiny maszynowe plunęły ołowiem terkocząc przy tym głośno. Żaden z trójki uzbrojonych ochroniarzy nie pruł pełną serią, woleli krótkie trój-strzałowe wierszyki. Szczerze powiedziawszy opróżnianie magazynka za jednym pociągnięciem spustu jest zjawiskiem w naturze niemalże nie spotykanym. Żaden doświadczony strzelec nie będzie marnował amunicji tylko po to by naszpikować kulami kogoś, kogo można zabić jednym celnym pociskiem. Inna sprawa, że obciążone ołowiem ciało byłoby zapewne cięższe. Po co więc nadwerężać kręgosłup?
Kule z impetem wbiły się w ciało Milii odrzucając ją na ścianę tuż obok drzwi gdzie przysiadła z opuszczoną głową i włosami opadającymi na twarz. Pan Nokazuma uniósł dłoń przerywając kanonadę. Na jego twarzy majaczył lekki, chłodny uśmiech człowieka, który właśnie pokazał światu, że nikt, ale to absolutnie nikt nie może wchodzić mu w drogę nie tracąc przy tym nóg. Oraz rąk. Głowy też. No dobra, nie tracąc życia jako takiego.
- Sprawdź puls. - Rzucił do najbliższego ze swych ludzi. - Co o tym powiesz, Kishin?
Kishin stał po prawej stronie Bossa. Był niskim, łysawym jegomościem w staromodnym czarnym garniturze. Miał lekką nadwagę i mało dostojny zwyczaj rozchylania warg, kiedy myślał. Otaczała go ledwie namacalna aura kurzu i stęchlizny, jakby mieszkał w rzadko wietrzonym pomieszczeniu. Postronnym obserwatorom mógłby się kojarzyć z bibliotekarzem albo pracownikiem muzeum. Cóż, tylko tak długo, aż nie spojrzeliby w jego oczy. Kishin miał bowiem spojrzenie puste i zimne niczym wnętrze czarnej dziury. Zdawało się wsysać oczy obserwatora wraz z nerwami, mózgiem i duszą. Nikt nie miał pojęcia kim był Kishin nim został...sobą. Każdy wiedział jednak, że ten grubawy łysolek w źle skrojonym garniturze jest jednym z najskuteczniejszych i najbardziej bezwzględnych zabójców w całej Japonii. Plotki mówiły, że kiedyś z braku alternatyw zagryzł czterech uzbrojonych strażników. W tej chwili wpatrywał się w zwłoki dziwnej dziewczyny ze skupieniem tak absolutnym, że aż nieludzkim.
- Coś tu nie gra. - Rzucił nie odrywając wzroku od nieruchomego ciała. Widział jak z ran postrzałowych emanuje coś dziwnego i ruchliwego. Przywodziło na myśl powietrze nad autostradą w upalny dzień. Czasami widywał podobne zjawisko nad zwłokami swoich ofiar, z tym że wtedy miało jakby ludzki kształt. Dziwna emanacja skupiała się teraz przed martwą dziewczyną tworząc coś dużego i pulsującego.
Potem dostrzegł jakby parę unoszących się w powietrzu pomarańczowych ślepi.
- Odsuń się od tego! - Krzyknął do zbliżającego się do zjawiska ochroniarza. - Nie podchodź!
W tym momencie zwłoki młodej kobiety zwyczajnie zniknęły. Następnie, ponieważ pewne prawa scenopisu zdecydowanie powinny być respektowane, wszystko potoczyło się jakby w zwolnionym tempie. Człowiek Nokazumy odwrócił głowę, a jego usta zaczęły się rozchylać jakby chciał coś powiedzieć, albo rozdziawić je w międzynarodowym wyrazie zaskoczenia (Albo ziewnąć jeśli był jednym z tych osobników, którzy widzieli już wszystko). Rozległ się rozdzierający uszy zgrzyt. Na ścianie, a potem na podłodze po prawej stronie żołnierza mafii pojawiła się pojedyncza gruba rysa, zupełnie jakby ktoś przeciągnął po ich powierzchni szerokim ostrzem. W odległości mniej więcej trzydziestu centymetrów od jego stopy blizna na podłożu nagle się urwała. W twarzy mężczyzny otworzyły się za to trzy okrągławe dziury – jedna rozwarła się na czole, druga wcisnęła nos do środka czaszki, trzecia zaś objawiła się tuż pod podbródkiem.
- Glhrgh. - Oznajmił podziurawiony strzelec wzlatując nad ziemię tak, że koniuszki jego podrygujących spazmatycznie stóp ledwie muskały podłoże. - Grlh.
Karabin wyśliznął się z poruszanych drgawkami rąk i z dziwnie donośnym łomotem uderzył w podłogę. Po kilkunastu sekundach dołączył do niego jego dotychczasowy właściciel, którego krew zaczęła wsiąkać w dywan.
- Strzelać! - Ryknął Nokazuma gdy czas ponownie przyspieszył. Pomimo wielu lat zajmowania się rzeczami tak nielegalnymi jak się tylko da nie nawykł do widoku swoich ludzi lewitujących z dziurami w głowie. - Strzelać do cholery! Kishin! Działajże!
Strzały nie padły, za to Kishin już działał. W tej chwili stał nad dziwnie wysuszonymi zwłokami ochroniarzy z napięciem wpatrując się w jakiś punkt przed sobą.
- Teraz widzę wyraźnie. - Odparł głosem spokojnym i zimnym jak noc w kostnicy. - Raczej nie damy rady przed tym uciec, proszę pana.
Tłuściutki zabójca rzeczywiście widział. Teraz, gdy pożywił się parą ochroniarzy mógł wreszcie dostrzec swojego przeciwnika. Dziwny stwór patrzył na niego przekrzywiwszy nieco łeb, jakby czekał na to, co zrobi dalej. Miał białe oblicze przypominające maskę jakiegoś egzotycznego szamana, długie łapy o smukłych, zakończonych szponami palcach oraz nogi wygięte jak u jakiegoś ptaka czy dinozaura. W samym środku piersi monstrum ział idealnie okrągły otwór. Mógł przysiąc, że w pałających pomarańczowym blaskiem ślepiach widział całkiem ludzkie zaciekawienie.
- Panie Nokazuma... - zagadnął Kishin podchodząc do bossa. - Czy chce pan abym pokonał demona zabijającego pańskich ludzi?
- Rób co trzeba! - Warknął przywódca starając się zrozumieć, o czym gada jego człowiek od rozwiązywania problemów. - Po prostu skończ sprawę.
- Jak pan sobie życzy. - Mruknął zabójca kładąc dłoń na twarzy przełożonego. - To nic osobistego, inaczej się nie da.
Ciałem Nokazumy zaczęły wstrząsać ostre dreszcze, jakby ktoś poraził go prądem. Skóra mężczyzny dokonała tego, co zwykle udaje się jedynie telewizji i poczęła się marszczyć w czasie rzeczywistym. To nie wyglądało jak starzenie...jeden z najgroźniejszych przestępców w okolicy właśnie suszył się niczym śliwka.
- No, zostaliśmy tylko my. - Westchnął Kishin pozwalając zwłokom swojego byłego przełożonego opaść na ziemię. - Prawdziwi królowie łańcucha pokarmowego. Szczerze mówiąc szkoda, że udało ci się zabić jednego z ochroniarzy. Mam wrażenie, że do tego tańca będę potrzebował sporo sił.
Coś się w nim zmieniło. Wciąż niski i gruby a część jego włosów wciąż przebywała w bliżej nie znanym miejscu, ale teraz biła od niego jakaś dziwna siła. Coś jakby skumulowana energia życiowa, która kotłując się i przelewając wypełniała jego niezbyt atrakcyjne ciało.
- Od kiedy pijawki są na szczycie łańcucha pokarmowego? - Zagadnęła Milia uważnie przyglądając się mężczyźnie.
- Momentu, w którym nauczyły się wykorzystywać siłę wszystkich tych żałosnych worków mięsa jako własną. - Wyjaśnił zabójca. - To oni są drapieżnikami ludzkiego świata, rozumiesz? Mają najostrzejsze kły i pazury, najdoskonalsze techniki przetrwania, a mimo to jest jeden organizm, który stoi ponad nimi i żywi się wszystkim tym, z czego są dumni. Ja. Jestem...
- Och, zamknij się wreszcie. - Westchnęła potworzyca. - Jesteś małym, zabawnym grubaskiem, który uważa, że jest absolutnie cool bo ma jakieś dziwne moce.
Kishin uśmiechnął się szeroko i zaatakował. Poruszał się dziwnie, jakby nie mógł się zdecydować czy do biegania używa się tylko dwóch czy też wszystkich czterech kończyn. Był za to zdecydowanie szybszy od jakiejkolwiek istoty ludzkiej. Pulchna pieść ze świstem wystrzeliła w kierunku białego oblicza Milii, która odchyliła się na lewo płynnie schodząc z linii ciosu, po czym zamachnęła się szponiastą łapą. Mężczyzna odskoczył do tyłu. Wyglądało to, jakby ktoś złapał go na lasso i pociągnął. Wylądował zręcznie na mocno ugiętych nogach z rozłożonymi na boki kolanami, a jego mięśnie napięły się jak sprężyny. W samą porę bo Hollow była już nad nim zamachując się do kolejnego, tym razem podążającego z góry na dół ciosu. Zabójca rzucił się na bok, wykonał perfekcyjną, choć zabawnie wyglądającą gwiazdę, a następnie z rozpędem rzucił się w stronę przeciwniczki. Jego sylwetka na chwilę rozmyła się w ciemną smugę.
- Gardzisz mną? - Krzyknął wyraźnie rozbawiony. - Mam to gdzieś!
Milia ledwie zdążyła skrzyżować ręce i przyjąć uderzenie na przedramiona. Siła ciosu sprawiła, że skrzypiąc pazurami stóp o podłogę przesunęła się o jakieś pięć centymetrów do tyłu.
- Jesteś kolejnym posiłkiem! - Rechotał Kishin uderzając raz za razem. - Uczynisz mnie silniejszym!
Hollow poczuła za plecami ścianę. Ten świr miał znacznie więcej pary niż mogła przewidzieć! Jeszcze kilka takich ciosów, a jej przedramiona strzelą niczym przęsła przeciążonego mostu, a ona sama będzie musiała walczyć w dość...niezręczny (*śmiech z taśmy*) sposób.
- Zamknij wreszcie gębę! - Ryknęła wściekle lekko zmieniając ustawienie rąk i skupiając na nich część uwagi.
Palce Milii zaczęły się wydłużać w ekspresowym tempie, a łączące je delikatne płaty czarnej skóry rozrastały się wypełniając przestrzeń pomiędzy nimi. Gdy Kishin uderzył ponownie poczuł, jakby jego pięść grzmotnęła w cienką, ale mocną ścinę. Rozległ się dźwięk, jakby ktoś przywalił w kawał blachy. Mężczyzna rozchylił usta widząc rosnące szybko skrzydła przeciwniczki, których zadziwiająco twarde i ostre krawędzie otoczyły jego głowę. Rzucił się do tyłu, ale brzegi błony oraz ostre pazury, którymi zakończone były wydłużone palce potwora mocno naciskały już na skórę na jego gardle. Rozległ się plask, a potem powietrze wypełnił odrażający gulgot kogoś, kto próbuje wziąć wdech, ale nie może bo jego tchawica jest nieszczelna i wypuszcza większość powietrza, które nią płynie. Zabójca opadł na kolana przyciskając dłonie do krwawego uśmiechu, który otwarł się na jego szyi. Milia rozłożyła kończące już rosnąć skrzydła, po czym uderzyła go nimi przewracając na ziemię. Był to zapewne znakomity moment, aby puścić jakiś dowcipny, doskonale dopasowany do sytuacji tekst. Coś mściwego, ale tryskającego twardym, czarnym humorem. Szczerze mówiąc jej zębate usta rozchyliły się same – czekały tylko aż umysł wygeneruje odpowiednie słowa. Umysł niestety najwyraźniej cierpiał w tej chwili na nagły odpływ weny...za to żołądek doskonale wiedział jakie rozkazy powinien wydać rozmaitym mięśniom i organom.

***

Milia siedziała na dachu jednego z położonych w centrum Karakury biurowców i wpatrywała się w panoramę miasta. Wiedziała, że przesiadywanie w podobnych miejscach jest obrzydliwie wręcz romantyczne i poetyckie, ale czasami po prostu nie mogła się powstrzymać. Zwyczajnie lubiła patrzeć na panoramę miasta, w którym spędziła całkiem sporo czasu. Pamiętała Karakurę z czasów jej ludzkiego życia – spokojną mieścinę, w której życie toczyło się powoli niczym krew z rozciętej żyły. Miała przed oczyma żarzącą się pomarańczowym blaskiem ruinę, którą stało się po amerykańskich nalotach. W sumie i tak wyszło na tym nieźle. Zawsze mogli tu grzmotnąć atomicą, jak w biedną Hiroszimę. Wróciła wspomnieniami do tętniących ciężka pracą czasów powojennego odrodzenia kiedy napędzani wizją nowego jutra ludzie z energią budowali swoją przyszłość. Patrzyła na obecny, mieniący się światłami samochodów i latarni pejzaż, od którego biła przebojowość i nowoczesność. Patrzyła i coraz mniej rozumiała inne Hollowy, które większość czasu spędzały pomiędzy bladymi piaskami a czarnym niebem Hueco Mundo. Pewniej ujęła gitarę i zagrała kilka pierwszych nut.
- Arms wide opened I stand alone... - Zaśpiewała swym za delikatnym na tą piosenkę głosem. - I'm no hero, and I'm not made of stone. Right or wrong, I can hardly tell. I'm on the wrong side of heaven and the righteus side of hell...**
Śpiewała jeszcze przez jakiś czas. Potem ochrona budynku wkroczyła na dach i trzeba było się zmywać.

* Cytat z piosenki „Hollow” autorstwa zespołu Submersed
* To z kolei wzięto z piosenki „Wrong side of heaven” zespołu Five Finger Death Punch

P.S Nie uważam, aby w dobrym guście było ocenianie swojej własnej pracy. To, co ja uważam za kawał dobrej roboty może wszak być dla miłościwie nam prowadzących Mistrzów Gry zwykłą średniawką. W związku z tym to właśnie Szanownym Oceniającym pozostawiam kwestie rozstrzygnięcia czy, a jeśli tak to ile bonusowych punktów przysługuje mojej postaci.

// Nie dawaj takich duzych obrazkow w img, bo sie strasznie strona rozjezdza.
// Wrzucilem wobec tego w spoilery.
//
// Tsuna
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Kuchiki Kyosuke





Oddział : Dywizjon 7
Mistrz Gry : Kamys

Karta Postaci
Punkty Życia:
102/120  (102/120)
Punkty Reiatsu:
85/110  (85/110)

PisanieTemat: Re: Milia   Pon 17 Lis 2014 - 18:46

Pomysł na charakter ala hollow batman niezbyt do mnie przemawia, ale karta broni się stylem w jakim została napisana i historią, którą przyjemnie się czytało.
Pewno za jakiś czas wpadnie tutaj z linijką CZaras żeby zmierzyć czy długość historii jest odpowiednia do wieku postaci, ale ze względu na jakość karty nie będę się tego czepiał.

Akcept na 3.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora Online
Kenjiro Sakurai





Oddział : Dywizjon 7
Mistrz Gry : Kamys Tsuki

Karta Postaci
Punkty Życia:
80/80  (80/80)
Punkty Reiatsu:
63/63  (63/63)

PisanieTemat: Re: Milia   Wto 18 Lis 2014 - 17:14

Cholera, mówiłem sobie że nie będę oceniał przed końcem miesiąca, a zwłaszcza kart Hollow...
No trudno, cóż mogę ci powiedzieć. Karta jak dla mnie wzorowa, nie ma w niej nic zbędnego. Historia którą się świetnie się czyta i dobry pomysł na postać. Trochę naciągany ale jakby nie patrzeć postacie graczy mają być wyjątkowe bo poco grać szarą masą.
Podoba mi się opis charakteru, dodałaś coś o czym nawet niektórzy obecni i nieobecni już mistrzowie zapominają a mianowicie to co cieszy ich postacie na co dzień, te chwile grania na gitarce, obserwowanie zachodu słońca czy inne codzienności które powtarzamy. Niby oczywiste ale nie wielu to podkreśla tak jak ty to zrobiłaś w swojej KP.
Chciałbym się rozpisywać nad stylami ect. ale nie jestem polonistą lecz prostym politologiem, jak by skwitował Gierek "Pomożecie?" a ja ci pomogę

Akceptacja 3


Think back some more now. Try to remember... and don't hold back. Compare us. Between you and me, which of us shines... as the greater warrior ?!
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Kamys





Oddział : Dywizjon 11
Mistrz Gry : Izdurbal

Karta Postaci
Punkty Życia:
102/290  (102/290)
Punkty Reiatsu:
41/156  (41/156)

PisanieTemat: Re: Milia   Sro 19 Lis 2014 - 17:28

minęły 24 h od wystawienia ostatniej oceny, i póki co nikt nic więcej nie pisze... Wiec sądzę że można kartę zaakceptować, dodatkowa ilość ptk 3

Szukaj sobie MG



***
kamys01
kamys02
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Watanabe no Tsuna





Mistrz Gry : Fairy

Karta Postaci
Punkty Życia:
4096/4096  (4096/4096)
Punkty Reiatsu:
83037/262144  (83037/262144)

PisanieTemat: Re: Milia   Pią 21 Lis 2014 - 4:00

Dla formalnosci rzuce jednak jeszcze swoj komentarz. Napisane ladnie, ale... gdzie w tym wszystkim (nie liczac wygladu) jest hollow? Patrzac na calosc, odnosze wrazenie, ze jedyne, co zmienil zgon, to uczynil babke niesmiertelna, niezniszczalna (w ludzkim rozumieniu), niewidzialna i dalo bonusowa przemiane w Mr Hyde'a. Zyje sobie w rodzinnym miescie, uczac sie tego i owego, a dla zaspokojenia glodu bawi sie w msciciela, wymierzajac sprawiedliwosc lotrom. Pasowaloby moze na shinigami dezertera, bounto, czy nawet czlowieka, ale hollow? Niechby nawet miala poczwara aspiracje do bycia dobra. Zrozumialbym, gdyby bylo to na zasadzie WoDowego wampira - jestem potworem, ale walcze o swoje czlowieczenstwo. A tu nic. Pelen komfort i sielanka. Jedynie enigmatyczna wzmianka o Nieugietosci, czymkolwiek byla. Dla mnie troche za malo, zeby tak po prostu wybielic potworka. Mechanicznie zas patrzac na umiejetnosc przybrania postaci ludzkiej, ja to widze jako 5-10 minut pozwalajace na ucieczke przed poscigiem, czy zbajerowanie ofiary, nie godziny, dni, czy miesiace umozliwiajace zycie "po ludzku".


Tsuna
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Sponsored content




PisanieTemat: Re: Milia   Today at 17:55

Powrót do góry Go down
 
Milia
Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Powrót do góry 
Strona 1 z 1

Permissions in this forum:Nie możesz odpowiadać w tematach
 :: Strefa Gracza :: Gracze :: Zaakceptowane-
Skocz do:  
Free forum | © phpBB | Free forum support | Kontakt z | Report an abuse | Create a blog